24 lutego 2018

Od Rayvonne'a cd. Ate

Sfora, coś cudownego. Coś niebywałego. No w sumie, jest ich naprawdę sporo, jednak Kingdom of Dogs jest wyjątkowe. To mój dom, to moja rodzina. Każdy może tak mówić, nawet najzwyklejszy, bezdomny szczeniak z ulicy, jednak ja jestem tego pewien w stu procentach, a nawet mam dowody. Może i nie materialne, ale wystarczy pomyśleć. Jestem księciem alf, więc Suzaan to moja matka, a pozostałe jej dzieci są mym rodzeństwem, natomiast, co z tego? Liczy się to, iż każdy nad ma tego samego przodka, jednak nie łączy nas tylko to. Również uczucia, które niektórzy tłumią w sobie, czego być nie powinno. Każdy powinien wiedzieć, co drugi myśli o nim. Ja niestety należę do tej głupszej części czworonogów, bo nie potrafię ich wyrazić, a szczególnie jednej wspaniałej istocie. Może ma coś do tego fakt, że nawet nie jestem pewien co do tych myśli, czy przypadkiem się nie mylę, w to wątpię oczywiście, bo zawsze przy niej nogi mi drżą. No dobra, przy Benie też tak mam, ale to co innego. Brat powoduje u mnie strach, a... ona... nie wiem jak to dobrać w słowa. Zawstydzenie? W pewnym sensie zakłopotanie? Matko, przecież ja się po prostu rozpływam w jej przepięknych oczach. Łatwo się domyślić, kim jest opisywana przeze mnie sunia, bo takich jest niewiele. Nie, ładnych sporo widziałem, natomiast niesamowicie olśniewających urodą, będących przy tym niezwykle inteligentnych, odważnych i kochanych, to jeszcze nie spotkałem. Oczywiście oprócz Ate, to ona jest wyjątkowa. Tak właśnie myśląc o jej cudowności, przypomina mi się moje nierozgarnięcie i idiotyzm, co jedynie wszystkich odpycha. Mimo wszystko, suczka nadal jest moją najbliższą przyjaciółką i chyba nie ma zamiaru odchodzić, przynajmniej mam taką nadzieję. Doskonale mnie rozumie, pomaga, doradzi. Zawsze siedzi przy mnie, kiedy akurat jej potrzebuję. No po prostu niesamowita. Co, jeżeli wreszcie wezmę się w garść, by wyjawić swoje uczucia, a ona dopiero wtedy odpuści? Nie wiem, czy to przeżyję. Nie wiem, czy dam radę się pozbierać. Chociaż znamy się naprawdę krótko, do celu, jakim była przyjaźń, dotarliśmy szybko. Teraz stawiam sobie kolejny punkt, o wiele więcej wymagający, na pewno trudniejszy, jednak warty dokonania. Jest nim miłość, tak, odwzajemniona miłość, czyli coś pięknego, tak jak ona.
Nie udawaj idioty, Ray, przecież ty nie zasługujesz na nią, wyższa półka, ogarnij się. Ah, no tak, ty nawet nie musisz udawać. Życie doprowadziło mnie do takiego stanu, że dobrze wiem, kim jestem, czyli tępym, niedorobionym cymbałem, który chce wiele, a mało może i umie. Tak, do tego pragnienia również zalicza cię po prostu potrafienie, potrafienie odnaleźć samego siebie, potrafienie uwierzyć w siebie, potrafienie zmienić się, a przy okazji pozostawić cząstkę siebie. Aktualnie jest to dla mnie rzecz niemożliwa, fantastyczna, czyli coś, czego raczej nigdy nie dokonam. Kilka osób ma nadzieję, iż jednak nadejdzie ten czas, gdy zrozumiem dobro bycia samym sobą. Kilka osób, ta, mama, siostry, no może nie wszystkie, bracia, oj, brat, no i Ate, ta jedna jedyna, wyjątkowa, cudowna, która nawet w chorobie lśni blaskiem swojej boskości. Tak, biedna sunie leży w swoim hotelowym łóżku, oczekując ode mnie towarzystwa. Chcę jej pomóc, chcę tego, czego ona chce, a nawet więcej. Dlatego odwiedzam suczkę, troszczę się o nią. Już nie zależy mi na tym, by kiedyś role się odwróciły i to ona się nade mną opiekowała. Ważna jest dla mnie zwyczajnie ona, sama ona, jej byt, jej ciało obok mojego. To coś możliwego, co możemy dokonać wspólnymi siłami, wystarczą jedynie nasze uczucia i chęci, no i ogólnie my, to raczej pewne. Tak jest, i mam nadzieję, tak będzie.
Dobra, koniec spoglądania w przyszłość, czas zająć się teraźniejszością. Dość niezręczną teraźniejszością.
Ja. Ona. Ja leżę na podłodze. Ona nade mną. Ja pod nią. Czuję szybkie pulsowanie serca, ciepło jej ciała, prawie że stykającego się z moim. Słyszę oddech Ate, tylko to słyszę. Widzę... oj, dużo widzę. Czy nie za dużo? Nie wiem, ale właściwie jestem z tego dumny. Jestem tak blisko jej, fizycznie oczywiście, a nie wymagało to ode mnie wiele wysiłku i trudu. A, zapomniałem, czuję jeszcze ból zadka, bo to na niego upadłem. Ale nie będę się teraz przejmować moim tyłem, nie chcę się teraz kompletnie niczym przejmować, natomiast jestem do tego zmuszony. Boję się cokolwiek powiedzieć, bo śmierdzący oddech, bo za głośno, bo za cicho, bo palnę głupotę, co jest wręcz oczywiste. Dobra, czas zakończyć tą niezręczną sytuację i ciszę, co chyba suczkę bawi, bo zaczyna się coraz szerzej uśmiechać. Trochę mnie to dziwi, bo ja się pocę, a ona bawi, ale to już nieważne. Odwróciłem łebek na bok, by nie dotknąć moim smrodem nosa Ate.
- Twoje oczy z bliska wydają się jeszcze bardziej bursztynowe. - rzekłem, na co sunia wybuchła śmiechem, sturlając nie z mego ciała. Akurat w tą stronę, gdzie ja położyłem swoją debilną mordę. Mogłeś się powstrzymać, Ray, mogłeś, jednak jesteś zbyt głupi.
- Jesteś słodki. - wymamrotała zaraz po uspokojeniu swojego głośnego chichotu. Chyba się nieco zawstydziła, bo się nieco skuliła, chowając przy tym głowę w łapach. Ja również stałem się okropnie zakłopotany. Dziwna sytuacja, jedna po drugiej. Już się boję, co może się stać za chwilę.
- Czujesz się lepiej? - zapytałem cicho.
- Tak.
- Chcesz się przejść? - dodałem, przed tym nawet nie myśląc.
- Tak.
- Więc chodźmy.
O kurcze, Ray, ty robisz postępy! Jestem z ciebie taki dumny. Zacząłem piszczeć w duszy ze szczęścia. Sam, bez niczyjej pomocy, udało mi się wywinąć z niezręcznej sytuacji. Mimo wszystko, nadal boję się iść dalej. Bo zaraz sam wpadnę do czarnej dziury, jaką niektórzy nazywają wulgarnie (Ray trzyma klasę, co nie), i nie zdołam się z niej wydostać.
Wstałem, wzdychając ciężko. Co począć, co począć. Podałem łapę suczce, pomagając przy tym również jej wstać. Co dalej, co dalej. Otworzyłem drzwi od pokoju i grzecznie czekałem, aż Ate wyjdzie pierwsza. Gdy to zrobiła, ruszyłem za nią, zamykając później wrota. Dobra, nieźle idzie. Nie, dobrze szło. Szło, dopóki nie przestałem iść i się wywaliłem. Idiota.
- Ray, coś się stało? - usłyszałem głos suni, stojącej aktualnie nade mną.
- N-nie... - wymamrotałem, ostrożnie się podnosząc i u boku przyjaciółki stawiając kroki dalej. Tylko gdzie iść... Ate jest nadal chora, więc nie powinniśmy wychodzić na zewnątrz, tym bardziej w zimę. Więc kierunek biblioteka! Moja towarzyszka jest pisarką, więc ten wybór będzie jej pasował.

Ate? Nie mam pomysłu, rozwijajmy to jakoś szybko, bo wiesz xD

!10 MONET ZA 1000 SŁÓW!

Od Ate cd. Shelby

Mogło się to wydawać dziwne, rumianek w środku zimy, jednak przysięgam, że ten o to kwiatek czy tam zioło rósł, bądź rosło na polanie, widziałam na własne oczy, a tak stara nie jestem, żeby coś mi się myliło albo żebym miała zwidy. Co to, to nie. Rzuciłam go na stolik przy drzwiach. Dzisiaj nie było czasu na przesiadywanie w szpitalu, przy niej. Nie, to nie dlatego, że spędzanie z nią czasu należało do czynności najzwyczajniej nudnych, po prostu obowiązki. Dużo obowiązków, planowanie przebiegu remontów i budowy, malowanie, sprzątanie, a do tego pisanie. Shel musiała poleżeć sama, ewentualnie z Kimblem, o ile towarzystwo osobnika płci męskiej nie będzie jej zawadzało. A poza tym ma książki. Dwie. Jeśli skończy obie, przyniosę coś jeszcze, bo nie brakuje mi ich, szczególnie tych autorskich. Opuściłam budynek szpitalny i skierowałam w stronę hotelu, który z każdym dniem stawał się coraz piękniejszym budynkiem, odnowionym. Cała sfora była z siebie dumna, wszystko było w lepszym stanie niż wtedy, kiedy przybyliśmy tutaj. Suz, którą śmiało mogłam nazwać moją przyjaciółką, zaufała mi w pełni, pozwalając zarządzać budową. Czy nie wspominam o tym zbyt często? Oj, chyba tak. Ale nie dziwcie się, proszę, Suzaan to alfa, zaufanie alfy, jedna z rzeczy, o których dziesiątki psów mogą pomarzyć, a mi udało się je zdobyć.
 Minął cały dzień, a ja wróciłam do szpitala, aby odwiedzić Shelby.

Shelby?
Wybacz, że aż tak krótkie

Od Husniye cd. Suzaan

Ruszyłam razem z Suzaan na obiad. Wszystko stawało się coraz normalniejsze. Malcolma brakowało nadal, ale członkowie sobie radzili, zresztą trochę też ich doszło. Ja zaś coraz częściej gadałam z moim kolegą z pracy. Nie miałam innych przyjaciół niż Suzaan, więc chciałam znaleźć jeszcze kogoś, z kim mogłabym porozmawiać. Dorosłe dzieci Suz też znalazły sobie towarzystwo. Benjamin może, nie, ale to chyba każdy zna powód. Rayvonne jest ciągle widziany z niejaką Ate, która również zaprzyjaźniła się z Roxanne. Lei jakoś nie widziałam, ale znajomych ma, przynajmniej tak twierdzi Suz. Rosalie zadaję się głównie z rodzeństwem, ale ostatnio miałam okazję dać jej wianek i zauważyć ją z jakimś aussie. Ciągle coś do niej mówił, komplementował, ale Ros nie wydawała się jakoś specjalnie nim zainteresowana. Wszyscy sobie radzili. Nawet ja, nawet Suzaan. Dla mojej przyjaciółki było to okropnie trudne, chociaż dla mnie też. Okropnie trudne. Stop. O tym już za dużo myślenia. Cofnij Husi. Cofnij. Żyjemy tą chwilą Husi. Tą chwilą. Cascadas jest wspaniałe, dodatkowo więcej psów można tu spotkać co się wiąże z nowymi członkami. Zbierałam pieniądze na własną chatkę, z dala od innych. Hotel to hotel, ale własna chatka byłaby wspaniała. Dobra, może odkładanie nie szło mi za dobrze, ale do tej pory nic jeszcze nie kupiłam, po prostu nie mam jak zarabiać, ale spokojnie,  to się zmieni. Wianków mam coraz więcej, zresztą znalazłam taki spray w hotelu, chyba było do ludzkich włosów, ale dobrze trzymał kwiaty, nawet jak zwiędły, to nie opadały, dla tego żaden wianek się nie marnował. Nie zarabiałam na tym, chyba, że ktoś naprawdę wcisnął mi na siłę monetę. Tak raczej starałam się utrzymać z mojej pensji. No ale.
- Husi! Husi! Nie wejdź w drzwi! - ostrzegła mnie Suzaan. Ale się zamyśliłam. Doszłyśmy do hotelu w którym znajdowała się stołówka, więc można powiedzieć, że byłyśmy prawie na miejscu. Odsunęłam się od tych drzwi i je otworzyłam. Teraz już w nie nie walne. Weszłam z Suz po schodach na korytarz ze stołówką. Moja przyjaciółka otworzyła drzwi na stołówkę. Wszyscy siedzieli przy stole. Akira siedział na końcu stołu. Nie rozmawiał z nikim. Nie wiem dlaczego, wydaje się fajny. Ate jak zwykle siedziała z Ray'em, a obok Ray'a Roxanne. Zaraz obok siedziała Rosalie. Potem Benjamin który chyba nie chciał siedzieć przy rodzeństwie. Obok Benjamina siedział Tommen, a obok Toma Cherryvine. Obok Cherry siedziała Leia. Potem Leon, Kenai i Marshmellow. Potem Sasuke, Shelby i Verde. Na drugim końcu stołu siedział Kimble, a obok niego były dwa wolne miejsca więc się z Suz dosiadłśmy. Tak, na razie sfora jest taka mała, że wszyscy mieszczą się przy jednym ogromnym stole. To nas wszystkich do siebie zbliża, chociaż niektórzy by najchętniej stąd sobie poszli i zjedli obiad spokojnie w swojej komnacie. Na środku stołu był garnek z zupą. Raczej jemy mięso, ale teraz komuś udało się zawinąć z wioski ludzi kilka smakołyków. Miski były na każdym miejscu. Sięgnęłam miskę i wstałam aby dosięgnąć do garnka. Wszystko byłoby świetnie, ale oblałam się barszczem. Dlatego wolę mięso. Nie zmarnuje się. A teraz? Nie toć, że zmarnowałam jedną porcje jedzenia, to jeszcze jestem cała obklejona barszczem. Sięgnęłam pierwszą lepszą serwetkę i zaczęłam się wycierać, ale to nic nie dawało.

<Suz? Też nie mam pomysłu>

23 lutego 2018

Remus!

MOTTO: ,,Sam wszystko to, chce zobaczyć. Ci obcy są tacy sami jak ja. Powiedz czy, to znaczy, że może to wspólnego ze mną coś ma?"
IMIĘ: Remus. Krótkie zwięzłe i na temat. Dopuszczalnie Remi.
WIEK: 2 lata
PŁEĆ: Pies
STANOWISKO: Nauczyciel Samoobrony
RANGA: Członek sfory
OSIEDLE: Vie
MIEJSCE ZAMIESZKANIA: W hotelu
CHARAKTER: Remi od zawsze był psem z lekka odosobnionym, a z czasem się to pogłębiło. Wychowywanie u wilków na dodatek sprawiło, że zaczął czuć się innym dziwnym. Oprócz tego zawsze był psem spokojnym i niezwykle cichym. Lubi czas spędzać w samotności mimo, że w środku potrzebuje bratniej duszy. Gdy spotka osobę podobną do niego zacznie nawijać jak katarynka i nie sposób go uciszyć czy przegadać. Jest strasznie krytycznie nastawiony do siebie, a gdy po raz pierwszy go ktoś spotka może go uznać za tchórza. Co po części jest prawdą ale w ekstremalnych przypadkach Remus jest nie do poznania. Gdy przypływają do niego silne emocje sam ich nie kontroluje. Potrafi być wtedy śmiały agresywny czy właśnie odważny. Jest także niezwykle inteligentny i rozważny. Ale tak naprawdę nikt do końca nie wie jaki jest Remus i on sam chyba nie ma stu procentowej pewności jaki jest. 
APARYCJA:
- rasa: Toller
- wygląd ogólny: Remus jest ogólnie przystojnym psem (tylko on sam twierdzi, że oczywiście jest inaczej). Ma rudawą sierść średniej długości z białym ,,śliniakiem'' na piersi. Posiada brązowe oczy które z reguły zawsze sprawiają wrażenie smutnych i zmęczonych życiem (bo takie też są). Zazwyczaj chodzi z głową  i ogonem spuszczonym. Jest dosyć wysoki i umięśniony ale nie widać tego pod grubą sierścią i gdy jest zgarbiony.
- sprawność: Remus jest niezwykle wytrzymały. Potrafi biegać godzinami i prawie się przy tym nie zmęczyć. Oprócz tego jest silny i dobrze walczy. Niestety nie wychodzi mu zbytnio polowanie i wspinaczka. Wszelakie próby wspięcia się gdzieś kończą się bolesnym upadkiem zaś spróbowanie upolowania czegoś skutkuje tylko pustym brzuchem i przemoczonym futrem.
- waga i wzrost: 51 cm WK, 20 kg
- głos: Tarzan
HISTORIA: Wychował się w lesie z piątką rodzeństwa i z babcią. Nie był to kolorowy żywot i wymarzone dzieciństwo ale narzekać nie można było. Inni mieli gorzej. Mieszkali w grocie w środku lasu gdzie jedzenia było pod dostatkiem, a nieopodal było źródełko gdzie bawiło się jego rodzeństwo. Mimo tego z pozoru sielankowego życia wcale takie nie było. Mieszkało tu wiele drapieżników i każdego dnia byli zagrożeni. Babcia jednak pilnie strzegła swoich wnuków. Jednak z dnia na dzień była coraz starsza i pewnego dnia nie dała rady. Do ich groty dostał się inny wściekły pies i zamordował suczkę oraz szczeniaki. Udało uciec się tylko Remusowi i jednej jego siostrze ale od razu się rozdzielili. Pies miał wtedy pół roku. Trafił wyczerpany do wilków. Przyjęli go do swoich i wychowali. Mimo wielu podobieństw czuł się tam obcy. Niektóre wilki z watahy go nie akceptowały i nazywały go ,,Kanapowcem'' czy ,,Odmieńcem''. Czuł się tam inny. Gorszy i nieprzystosowany. Gdy dorósł postanowił ruszyć w świat i szukać w nim swojego miejsca. Trafił tu.
RODZINA: Nigdy nie znał rodziców i do teraz nie wie co się z nimi stało. Był wychowywany przez babcię wraz z trójką starszych braci i dwójką młodszych sióstr. Jednak z żadnym z nich nie był przywiązany. Siedział raczej na uboczu. Najlepsze kontakty miał z babcią i bardzo cierpiał gdy ta zmarła.
PARTNER: Oczywiście, że chciałby mieć partnerkę. Bo kto by nie chciał. Jednakże to nie jest możliwe. No bo niby kto by go zechciał? Więc aktualnie brak i raczej się to nie zmieni.
POTOMSTWO: Brak i nie sądzi by je kiedykolwiek posiadał.
EKWIPUNEK: Brak
ZŁOTO: 10
PD: 0
TOWARZYSZ: Brak
WŁAŚCICIEL: 4167asia|dybzuzanna@spoko.pl

22 lutego 2018

Od Shelby cd. Ate - Quest #2

Kiedy suczka zgodziła przynieść swoje dzieło, byłam wniebowzięta. Wobraziłam sobie mnie w tej sali czytającą książkę. Może nie było to moje ulubione zajęcie, ale jeżeli książka była naprawdę ciekawa - wtedy wciągała mnie dosłownie do środka. Suczka zjawiła się niebawem z dwoma księgami pod pachą. Uśmiechnęłam się na jej widok i podziękowałam za fatygę. Podała mi pierwszą i poleciła przeczytać jedną, dwie pierwsze strony. Złamałam jej polecenie, i jak się wkrótce okazało już kończyłam pierwszy rozdział, czyli jakieś piętnaście stron, a nie dwie. Suczka na szczęście nie obraziła się za to, i tylko zaglądała na mnie usatysfakcjonowana. Dawno nie miałam takiej wspaniałej opowieści w rękach, naprawdę bardzo mi zaimponowała. Dostała u mnie kolejnego plusa, bo ja nigdy nie umiałabym stworzyć takich wspaniałych postaci, tak interesującej fabuły, a co dopiero książki! Wtem podszedł do nas Kimble, który oznajmił, że musi zrobić mi badania. Skrzywiłam się na samą myśl o tym. Ate została wyproszona. Same badania nie były skomplikowane, a po nich nie miałam już nic konkretnego do roboty, więc z dobrą myślą ułożyłam się spać.
*
Otworzyłam oczy, i rozglądnęłam się. Było pusto. Świetnie - pomyślałam i bez zezwolenia opuściłam "szpital". Mój lekarz nie powinien zauważyć tego małego wybryku, gdyż dopiero co świtało, a ja chciałam się tylko wybrać na krótki spacer. Na pewno nic się nie stanie. Łapa mnie nie bolała. Śmiało szłam przed siebie, podążając leśną ścieżką wśród wysokich drzew, a światło przebijało się przez korony drzew ogrzewając ziemię nad która unosiła się jeszcze niewinna mgła. Nie zaszłam daleko i już miałam zamiar zawracać kiedy usłyszałam czyjś głos. Spojrzałam za siebie a za mną stał potężny basior o brązowym umaszczeniu z nonszalanckim uśmieszkiem na pysku.
- Hej mała. Pamiętasz mnie może? - zaśmiał się ironicznie. Dobrze go znałam. Nigdy nie zapomniałabym jego wizerunku. Wizerunku mordercy. Już czułam przypływ adrenaliny. Pękały moje ryzy samozachowania. Rywal okrążył mnie i stanął kilka metrów przede mną.
- No co? Nie złapiesz mnie? Nie pomścisz swojego słabego braciszka? - puscił do mnie perskie oko i zaraz ruszył do biegu. To był on, a ja obiecałam, że gdy go zobaczę, to dopadnę go. Bezwzględu na konsekwencje. Wątpiłam, że w tym stanie zdołam go dogonić, ale biegłam. Szaleńcze tępo o dziwo nie dawało się we znaki mojej łapie. Pędziłam tak za nim, bez skutku. Cały czas zwiększał dzielący nas dystans. Wtedy na drodze gdzieś daleko przede mną zobaczyłam coś jasnego i małego. Biegłam dalej, ale im bliżej byłam tego, tym jeszcze bliżej był morderca. Kiedy wreszcie zobaczyłam co to takiego - łzy napłynęły mi do oczu. Nie wierzyłam własnym oczom! To był mój braciszek, mój kochany braciszek! Już biegłam do niego, byłam tak blisko, ale zapomniałam jakie czekało go przeznaczenie. W ostatniej chwili basior spojrzał na mnie z obrzydliwym grymasem na twarzy i zwrócił swój pysk w stronę małego. Przecież on zaraz go zabije!
- Nie! - zaczęłam krzyczeć. Wściekłość i żal narastały we mnie coraz bardziej, a beznadziejność położenia mojego brata jeszcze bardziej pogarszała sytuację. Byłam za wolna. Nie byłam jak błyskawica - jak on. Nie potrafiłam biec tak szybko... Ale dlaczego?!? Dlaczego jego to musiało spotkać?!? - krzyczałam patrząc na jego śmierć, na spływającą niewinną krew, słysząc jego niemy głos, i wołanie z zaświatów. Zabił go. Ten beszczelny, arogancki, sk*rwysyn!!! Chciałam go zaraz rozszarpać na strzępy, zatopić kły w jego karku, zemścić się, cokolwiek - byleby poczuł to jak się właśnie w danej chwili czuje. Ile uczyć naraz tłamszę w sobie - by nie wybuchnąć. Łzy zamazały mi na chwilę widok, a gdy z wściekłością spojrzałam ponownie w miejsce zbrodni nikogo tam nie było. Pustka. Jakby rozpłynęli się w powietrzu. Przecież to niemożliwe! Mogli się schować za drzewem, albo ucieknąć i zniknąć za zakrętem... Ale nic takiego się nie stało. Podeszłam bliżej. Nie było ani śladu krwi. Niczego co by wsakzywało zbrodnię. Próbowałam to sobie racjonalnie wytłumaczyć, jednocześnie rozpaczając nad stratą.
Kiedy wzniosłam ku górze łep, spostrzegłam, że niebo stało się jakieś dziwne - bardziej różowe. Dopiero co był ranek, niebo jaśniało błękitem, i wcale nie było różu! A może minął już cały dzień? I właśnie zbliża się wieczór? Nie, nie, nie... Wszystko to stawało się coraz bardziej dziwne... Czerwone drzewa też były przecież niemożliwe. Powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, że mogę mieć omamy. Tak. To racjonalne wytłumaczenie. Siedziałam jeszcze tak przez chwilę, bez sensu pogrążona w myślach, kiedy zaczął wiać porywisty wiatr, drzewa zaczęły szumieć, a ja usłyszałam najpiękniejszy głos na świecie. Głos mojego ukochanego. Nie brzmiał on jednak normalnie. Był bardzo zatroskany i mówił:
- Uciekaj! Szybko! - ale ja zatraciłam się w barwie jego cudownego głosu, który był dla mnie jak kojący balsam. Nie zwróciłam uwagi nawet na całe zamieszanie. Paul wciąż krzyczał, a ja go nie widziałam.
- Uciekaj! UCIEKAJ!!!
I wtedy stało się parę rzeczy naraz. Usłyszałam potężny huk, i strzały. Coś jakby pękło w pół. Niebo już całkiem stało się czerwone, tak jak ziemia. Drzewa zaczął trawić ogień, a ziemia z pod moich łap osunęła się. Pode mną rozpościągła się ogromna dziura. To było piekło. To na dole, i ta sytuacja. Nie mogłam nic zrobić. Nie widzialne coś próbowało mnie brutalnie wciągnąć tam na dół, walczyłam, i próbowałam za wszelką cenę odejść od skraju urwiska. Tylko przez krótką chwilę udało mi się utrzymać w miejscu, a niewidzialne coś wepchało mnie do otchłani pełnej żywego ognia. Wejście do góry zamknęło się, a ja spadałam... Bez końca... Coraz dalej... I nikt nie słyszał mojego błagalnego krzyku.
I wtedy zdałam sobie z czegoś sprawę. Brat zginął przeze mnie. Mogłam go uratować, a ja stchórzyłam i schowałam się w cierniach. To wszystko przeze mnie.

*
Obudziłam się z krzykiem. Myliłam się. Słyszał go chyba każdy w okolicy. Serce biło mi jak szalone, a oddech miałam bardzo przyspieszony. Byłam cala gorąca a po czole spływał mi pot. Nade mną stał rogorączkowany Kimble. Najwyraźniej ucieszył się, że w końcu otworzyłam oczy. Zapewne nie przyjemnie było słychać moich beznadziejnych krzyków. Dopiero teraz zauważyłam stojącą w drzwiach Ate. Miała przerażoną minę, a w łapie trzymała bodajże rumianek. Kimble podszedł do niej, i odebrał go od niej bez słowa. Suczka nadal patrzyła się we mnie jak w obrazek. Zmusiłam się do lekkiego uśmiechu, by jakoś zapewnić ją, że nic mi nie jest.

Ate? ( Sorki, że tak chamsko wpakowałam tu ten quest : c )



QUEST ZALICZONY
!25 sztuk złota i 15 PD!
!10 MONET ZA 1000 SŁÓW!

21 lutego 2018

Od Benjamina

Kolejny, jak zwykle zapowiadający się najzwyczajniej źle dzień. Z trudem zebrałem się z łóżka, aby następnie zawitać w jadalni. Suzaan odwiedziła nas dzisiaj, stwierdziła, że warto by było wybrać się gdzieś w teren, wszyscy, razem. Ch*j, a nie wycieczki razem. Nie miałem ochoty na żadne wyjście z tą bandą dzikusów, tylko wstyd zrobią. Jeden gorszy od drugiego, a Ray'a wyjeb*ło poza skalę.
 — Ray, idziesz z nami? — zapytała wesoło Rosalie. — Pójdziesz?
 — Weź się odpieprz, nigdzie się nie wybieram, słonko — prychnąłem i wziąłem łyka wody. — Idę coś zjeść, na stołówkę. Z dala od was... — dodałem po cichu.
 Opuściłem pokój, skierowałem w stronę hotelu. Eh, całe życie z tymi wariatami, o ile zostanę tutaj do końca. Równie dobrze mógłbym zostawić to wszystko i odejść jak najdalej od tych idiotów. Niestety, póki co trzymała mnie decyzja matki, której nadal nie znałem, chociaż wyniki... to było nietrudne do rozgryzienia. Mam wrażenie, że za dużo opowiadam o tym, no ale proszę was, trzeba się pochwalić, czyż nie? Jasne, że tak. A więc wracając, to nakazywało mi zostać w tej sforze, biednej, zapchlonej i okropnej sforze. Jedna wielka masakra, żal mi patrzeć na te uszkodzone szpitale i domy, jakbym był alfą, wszystko byłoby piękne! Ale nie jest, jaka szkoda.
 Ate, nadzwyczaj denerwująca i wkurwiająca, ale jedno było dobre. Przynosiła jedzenie. Dużo. Jedzenia. A poza tym worek mięsa, zero korzyści i zero pozytywów. I to jedzenie było moim śniadaniem, nie było na co narzekać. Opuściłem stołówkę, skierowałem w stronę pałacu, oby banda wyruszyła już w teren. Ku memu zadowoleniu, nie było ich. Ja, jeden, cały pałac dla mnie. Mogłem sobie wyobrazić, że jestem alfą, to wszystko jest moje, tylko moje. To takie realne, ah, już niedługo! Ekscytacja! Czekałem, aż wszyscy zaczną piszczeć i klaskać, oto Benjamin Philip Edward na tronie alf, chwała naszemu panu! On, najwyższy i najpotężniejszy pies tych terenów, nawet ten tchórzliwy Gustaw będzie obawiał się jego, Benjamina wspaniałego, czyli właściwie mnie.

Od Benjamina

Boże drogi, czy to jeden, wielki żart? Chyba tak. Nie wierzę, jedna z najbardziej żałosnych rzeczy. Zupełnie "przypadkiem" podsłuchałem rozmowę Tommena i Ray'a. Ten pierwszy nakrył brata na... masturbacji. Spodziewaliście się? Ten śmieć. On. Nie żyję, turlam się jak dziki po podłodze, nie mogę złapać oddechu i momentami podnoszę głowę do góry. Ray zorientował się, że stoję przy jego pokoju, zestresował się b i e d a c z e k jeszcze bardziej, peszek mój drogi, peszek. Wtedy zaczął się jąkać, a ja niemalże tarzałem się po dywanie. W dodatku do obrazka Ate. Już ta cała wariatka jest więcej warta niż worek sierści, którego chcąc nie chcąc nazywałem bratem, a jeszcze częściej śmieciem. To było warte uchwycenia, ale nie miałem czym. A jego mina... bez-cen-na, uwierzcie czy nie, na pewno powinniście żałować, że to was ominęło.
Tymczasem ja wybierałem się na plażę, aby popatrzeć na zachód słońca, posłuchać szumu morza, a może był to ocean, nie wiem. To było jedyne miejsce, w którym potrafiłem się całkowicie odprężyć, jedno jedyne na całej Ziemi, a może jednak było ich więcej, ja zaś nie wiedziałem o ich istnieniu? Możliwe, nawet bardzo. W końcu ile to zakątków tego świata było jeszcze nieodkrytych? Mnóstwo, miliony.

Nie bijcie mnie za te shity, wiem, że przez to KoD jest gorsze .,.

20 lutego 2018

Od Ate cd. Shelby

 Z natury nie pokazywałam niemalże nikomu swoich wypocin. Uważałam, że nie są na tyle dobre, aby ujrzeć światło dzienne. A tutaj niespodzianka, niejaka Shelby zapytała, czy pokazałabym jej jedno ze swoich dzieł, o ile można te teksty nazwać dziełami. Gdy zawitałam do sypialni, mój wzrok przykuła najgrubsza, czerwona jak rubin książka, a właściwie jej rubinowa okładka. Ten krwisty kolor wraz ze złotą barwą ozdobnych zawijasów tworzył idealną parę, że tak to nazwę. Przyjemne dla oka połączenie, o, może tak. Sięgnęłam właśnie po nią, napisaną przeze mnie książkę z gatunku książek fantastycznych, fabuła połączona z wątkami przygodowymi, a w dodatku bohaterka wplątana w miłosną relację z niedalekim kuzynem jej matki zastępczej. Jest szansa, że lektura zaciekawi sunię, podczas gdy ja będę pękać z dumy, bo ta pochwali moją twórczość. Opuszczając pokój przeskanowałam regał po raz drugi, może ta się nie nada? Nie lepszy będzie dramat? Romantyczny? A może te dwa rodzaje na raz? Nie lepiej wziąć dwie sztuki? Podbiegłam po raz kolejny do półki, wysunęłam z niej tym razem powieść z żółtą w całości okładką, niezbyt urodziwą, ale liczyła się zawartość, nieprawdaż? Złapałam za obie i tym razem już wyszłam z pokoju, na dobre. Skierowałam się w stronę szpitala.
 Na pierwszy ogień poszła książka z rubinową okładką. Kazałam przeczytać tylko fragment, czyli jedną czy dwie strony. Zaciekawiona jeździła wzrokiem po kartce, następnie przeniosiła się na kolejną, przekładała, jedna strona zamieniła się w dziesięć następnych, przez co zdążyła przeczytać aż piętnaście stron w kilkanaście minut. Te piętnaście stron tworzyło pierwszy rozdział jednej z moich twórczości. Każdy kolejny był dłuższy od poprzednika, było w nim więcej informacji, więcej się działo. Po tępie w jakim Shelby pokonywała każde zdanie byłam pewna, że połknęłaby całą jeszcze dziś. Nie przechwalam się, ale po prostu czułam, że trafiłam w punkt, wybierając właśnie to. Cierpliwie stałam przy oknie, co rusz wyglądając na zewnątrz. Mimo tego, że gdzieś w środku zrodziło się pragnienie wybiegnięcia na dwór, nie chciałam zostawiać Shel, która była tu sama, wyłączając obecność lekarza.
 — Ate, mogłabyś opuścić salę? Zbliża się wieczór, musimy zrobić badania, a kilka godzin cisza nocna... — do sali wślizgnął się Kimble. — Proszę. A ty, Shelby, odłóż książkę, skończysz ją rano bądź po badaniach.
 Wieczór? Badania? Jest godzina... dziewiętnasta! Zupełnie straciłam poczucie czasu. Jak na tę godzinę wieczór był naprawdę jasny, przez co wydawało mi się, że jest przed siedemnastą. Ale cóż, należało się pożegnać z nową znajomą i udać do pokoju, odpocząć po całym dniu i w końcu poczytać o budowie psa, w końcu przydaje się to, a w niektórych moich tekstach anatomia leży, nie wstaje, niestety.
 Noc, cudowna, aczkolwiek bezgwiezdna noc. Ciemna, granatowa, wpadała w czerń, chociaż czernią być nigdy nie była. Czy to chmury? Najwyraźniej. Jedynym obiektem widocznym na nieboskłonie w tę noc był księżyc, rogalik, biały niczym zimowy puch, gdzieniegdzie szare plamy. Gdy byłam małym szczeniakiem, wyobrażałam sobie, że to ślady wysłanego na księżyc lwa. Pozwólcie, że opowiem. W dużym skrócie, bo to nie jedyna historia, jaką wymyśliłam ponad dwa i pół roku temu, jednak ta najbardziej zapadała mi w pamięci.
 Młody mężczyzna, z zawodu trener lwów i tygrysów. Jak to za tamtych czasów, miał on ogromną rodzinę. Ojciec kładł największy nacisk na naukę polowania i strzelania z łuku, podczas gdy najmłodszy z synów miał inne marzenie niż bracia. Od małego interesował się wielkimi kotami, miał do tego smykałkę, co z czasem zauważyła matka chłopaka. W tym domu kobiety traktowane gorzej, nie miały prawa głosu, potrzebne były do rodzenia dzieci, sprzątania i gotowania. Ale w tej sytuacji nie miała innego wyjścia, musiała porozmawiać z mężem o przyszłości syna. Chociaż ojciec był negatywnie nastawiony do jego marzeń, zgodził się, aby ten zajął się czymś innym. Wszystko było dobrze, dopóki jeden z lwów nie zaatakował młodego mężczyzny. Nie zdołał się uratować. Zdenerwowany tata zaczął obwiniać małżonkę o śmierć syna, a ta nie wytrzymując, odeszła. Może i to nierealne, ale na drugi dzień byłego partnera nie było. Lwa również. Pewnie nie wierzycie, ja sobie również nie wierzę. Zrozumcie, byłam tylko szczenięciem z wybujałą fantazją i niesamowitymi pomysłami, byłam w stanie wymyślić historię o magicznym stworzeniu ziejącym ogniem, a wcale nie był to smok.
 Następny dzień miał przynieść... nowe przygody. A zaczęło się od tego, że Kimble stanął w drzwiach hotelowego pokoju i poprosił, abym udała się na poszukiwania pewnej roślinki zwanej... tymiankiem, nie, wybaczcie, rumiankiem. Nie należało to do zadań trudnych, nie raz spotykałam te białe roślinki przy ścieżkach czy w kępinach traw. Wiedziałam, że preferują żyzną glebę, co ułatwiło mi szukanie.
 Stawiłam się w szpitalu w pół do dziesiątek, rumianek w pysku, nie jeden, a przeszło pięć, jak nie więcej. Tylko... po co mu ten rumianek? Dla Shelby?

Od Rosalie cd. Benjamina

Biegłam właśnie... Trudno powiedzieć gdzie, ale coś mnie tam ciągnęło. W każdym razie biegłam. Mogłabym powiedzieć, że biegłam nie patrząc na drogę, ale ja nawet jakbym chciała, patrzeć nie mogę. Tak biegłam do tego czegoś... I bum! Walnęłam w coś. A raczej w kogoś, bo wyczułam zapach mojego brata, Benjamina.
- Kurwa mać, Rosalie, uważaj gdzie łazisz. - syknął. Czemu nie mogłam wpaść na Ray'a? Czemu nie mogłam wpaść na Toma? Czemu nie mogłam wpaść na Roxy? Czemu nie mogłam wpaść na Leię? Czemu?
- No przepraszam bracie, no i wiesz, niezbyt mam jak uważać gdzie chodzę, tym bardziej na kogo wbiegam. - odpowiedziałam. Wiecie jak już mnie Benjamin zaczął wkurwiać? Tak, wkurwiać. Uważał się za najlepszego z rodzeństwa i tego, który przejmie tron. Ale ja doskonale wiem, że alfą zostanie Ray. Mama nie wybrałaby Bena. Ona wie jaki on jest. I teraz posłużę się przykładem, który powiedział mi Gustaw. Jakby mama miała do wyboru mnie, ślepotę, a Bena, to na osiemdziesiąt procent wybrałaby mnie. Chociaż to byłoby nie odpowiedzialne. Ja nawet jakbym była normalna, jakbym mogła widzieć, to bym sobie nie poradziła. Co dopiero teraz. Dlatego może lepiej by było jakby wtedy rządził Ben. Ale jeśli mamy inne rodzeństwo, w tym Ray'a i Toma, to Ben moim zdaniem nie powinien rządzić. Uważa, że jego rodzeństwo, to ta gorsza "liga", mimo że jesteśmy na tym samym stopniu z hierarchii. No ale co poradzisz? Nic. Jakbym miała takiego brata, jakbyśmy byli nie z hierarchii to bym się wyprowadziła, ale teraz to wdawałoby się dziwne. Zresztą musiałabym ściągnąć jednego brata bądź siostrę, bo jakbym była sama to w końcu wstrząsu mózgu bym dostała.
- Pff, to chodź z jakimś kijkiem, ale przecież, to nie mój problem. - powiedział po chwili ciszy. No tak, czego innego można byłoby się spodziewać po Benku. Na pewno nie tego, że wybaczy. Co to to nie. No i pięknie. Już mnie coś tam nie ciągnie. Nie ma wymówki. Nie ma powodu dlaczego w niego wbiegłam. Yay!
- Nie twój problem? To ty miałeś do mnie problem, że w ciebie wbiegłam, więc to jest twój problem. - zagmatwane i to jak, ale coś powiedziałam. Z Benem nie ma co się kłócić, on i tak zawsze wie co powiedzieć.

<Ben? Mam brak weny, ratuj. No i daj tą maść jak jeszcze ją gdzieś znajdziesz?

19 lutego 2018

Od Rosalie cd. Verde'a

- Choć Verde, powiem ci coś. - szepnęłam. Nie wiem gdzie odeszłam, ale gdzieś na pewno. - Verde, dziękuję za obronę, ale naprawdę potrafię o siebie zadbać, to, że jestem ślepa, nie znaczy, że bezbronna. Wiesz ile razy walnęłam w drzewo, zostałam zaatakowana przez wilka czy inne dziadostwo? - starałam się wskazać łapą na bliznę którą mam po pierwszym bliższym spotkaniu z wilkiem. - powiedziałam szybko. Naprawdę, ja wiem, jestem księżniczką, z tytułu, moi rodzice to alfy, no i co z tego? Żyje prawie tak samo jak inni, z tą różnicą, że w pałacyku, ale gdyby nie to, to pewnie o wiele więcej razy spadałabym ze schodów, może nawet by się zdarzyło, że bym z okna wypadła.
- Oh, rozumiem, po prostu chciałem być miły. - powiedział cicho Verde. Ups, nie chciałam go zasmucić.
- Rozumiem i jestem wdzięczna, po prostu mówię tak na przyszłość. - uśmiechnęłam się. Cieszę się, że ktoś chcę ze mną się w ogóle zadawać prócz rodzeństwa, bo to cud. No wiecie, ślepota i tak dalej.
- No dobrze, może już wrócimy? - odpowiedział. No dobra, jeden cel, zaliczony. Teraz jeszcze polepszyć relacje z Benem, odnaleźć ojca, znaleźć jednorożca i odzyskać wzrok. Zadanie nie do wykonania, ale będę próbować. W końcu życie takie długie,  próbować można.
- Już jesteście? - spytała mama.

<Verde? Rozkręcisz, nie mam pomysłu, zrób coś fajnego>