
10 lutego 2018
Alfa zaginął!

Od Malcolma - "Początek czy koniec?"
Unosi ją wiatr
I echo ją niesie daleko przez świat.
Gdy przy ognisku siedzimy wraz
Kołysze nas do snu wiekowy las.
Te ognia płomienie
Przywodzą na myśl
Odległe wspomnienia, zatarte już dziś.
Dawne obozy i przygód moc
W tę jasną, ciepłą, lutową noc.
Minęła połowa dnia, a Malc czuł się najzwyczajniej źle. Zauważyła to Suzaan. Zmartwiona powiedziała mu, żeby siedział przy ognisku i zjadł coś, aby nie rozchorować się jeszcze bardziej. Mimo zaleceń suni, ten postanowił wstać i po cichu czmychnąć do lasu, aby upolować coś samodzielnie.
Gdy do uszu suki dotarła wiadomość, że Malec wyszedł sam na polowanie, czuła zarówno przerażenie jak i złość na niego jednocześnie. Przerażenie, bo mógł się rozchorować jeszcze bardziej, złość, bo wstał i poszedł do lasu bez jej wiedzy. Martwiła się o niego. Niedługo potem samiec wrócił i jak gdyby nigdy nic ułożył się obok ogniska. Jęknął, że boli go łapa i głowa, a później poszedł spać.
— Już taki stary jest, że wszystko go boli? — mruknęła Suzaan. — Najwyraźniej. Dobra, zostawcie go, jak się obudzi to porozmawiam z tym... czubkiem. Inaczej nie mogę go nazwać, nieodpowiedzialny.
A Malcolm jedynie chrapnął. Suka podeszła do grupki i szepnęła, że jutro rano wyruszają dalej, czy alfa tego chce, czy nie.
Nastał ranek. Marudny Malec nie szczędził uwag, skrytykował sposób, w jaki sposób Hope rozpalała ognisko, jak głośno Kit ziewa i jak chodził Kenai. Zdenerwowany na cały świat upierał się, że nigdzie nie pójdzie. Koniec końców został zmuszony do kontynuowania wędrówki. Wczesnym rankiem padał deszcz. Południe zapowiadało się o wiele lepiej, deszczowe chmury zostały przegonione z nieba przez białe obłoczki, a słońce przyświeciło jaśniej. Było dosyć ciepło jak na lutowy dzień, w dodatku ani śladu śniegu, na ich korzyść. Tym razem mieli większe zapasy, dzięki czemu mogli podróżować dłużej.
— Tato...
— Tak kochanie?
— Kiedy znajdziemy... — zająknął się — ...dom?
— Dom, dom — powtórzył nieco zakłopotany. — Z tym nie jest tak łatwo, mój drogi. Nadal szukamy tego miejsca, gdzie będziemy mogli osiedlić się na stałe. A póki co na nic takiego się niestety nie zanosi. Więc... bądźmy dobrej myśli, może się uda, a może będziemy tak wędrowali kolejne kilka dni. Chyba wiesz o co mi chodzi, Rayvonne Arvonie.
— Tatusiu, mógłbyś mówić do mnie Rayvonne albo Ray? O wiele bardziej wolę to imię niż dwa — poprosił.
— Nie ma sprawy, a teraz pora spać. Jutro też zostaniemy tutaj, tak jak pojutrze i popojutrze — oznajmił ojciec. — Dobranoc, Ray.
Ciche "dobranoc" świadczyło o tym, że Rayvonne w przeciwieństwie do Benjamina słucha ojca. Ale on mimo wszystko nie planował zasypiać, podobnie jak Malcolm. Tyle się dzieje, że nawet dorosły samiec się gubi.
Obudził ich śpiew ptaków i szum wody, jakby matka natura tego chciała. Kilka metrów dalej stała... sunia. Nikomu nieznana, czekoladowo-biała suka. Wymienili zdezorientowani spojrzenia, chociaż mogłoby się zdawać, że wszystkie oczy zwrócone były na nią. "Dzień dobry", na tyle było ją stać. Malc wstał, przeskanował ją wzrokiem.
— Witaj, jestem Malcolm. A ty? Co cię tu sprowadza? — przedstawił się, nadal niepewnie.
— Attheaeldre, a właściwie Ate. Niedaleko jest wioska, udałam się na... spacer — wyjaśniła. — Skąd przybywacie? Nigdy was tu nie widziałam, nikt inny raczej też...
— Sfora Kingdom of Dogs, naprawdę długa historia. Nie mamy aktualnie gdzie się podziać, szukamy miejsca, gdzie będziemy mogli się osiedlić.
— Mhm, mhm... mam dobry pomysł, Malcolmie. Tyle, że... no właściwie powiem wprost. Chcę wam pomóc. I tak, obserwowałam was odkąd tu przybyliście.
— Nie potrzebujemy twojej pomocy, sami damy sobie radę — warknął pies, na co Suzaan westchnęła.
— Co to za pomysł? — wtrąciła się.
— Niedaleko jest... Cascadas. Zapewne nie słyszeliście, moi przyjaciele. Opuszczona wioska, niegdyś znana na cały kraj ze względu na wodospady. Tam możecie zostać. Do końca. Dalej od naszej wioski, o nic nie musicie się martwić.
Mimo tego, że brzmiała dosyć przekonująco, Malcolm nie chciał jej słuchać. Nie ufał nieznajomej, równie dobrze mogła być to zasadzka. Ale Suzaan wysłuchała. Uwierzyła, że chce dla nich dobrze.
— Jutro wyruszymy. Malc, tak będzie dla nas lepiej — zadecydowała.
— Ah, tak. Najlepiej podejmować samemu decyzje, Suz, prawda? No dobrze, skoro tak. Ale później nie stękaj, przypomnę ci moje słowa — wysyczał, po czym odwrócił się i odszedł.
Do rana go nie widzieli.
Kolejny dzień przyniósł nadzieję. Każdy uważał, że właśnie zdarzył się cud. Dwie grupy udały się na polowanie, reszta słuchała opowieści Ate. Tego dnia wszystko wydawało się zbyt cudowne, żeby było prawdą. Ale było. Działo się to naprawdę. Psy z Kingdom of Dogs w końcu odnalazły dom. A właściwie dom odnalazł ich. Jeszcze tylko kilka godzin, a w końcu staną na terenach, które będą ich terenami. Gdy mieli się zbierać, Malcolm wrócił. Przemyślał wszystko, zrozumiał, że Ate mówi o czymś, co istnieje naprawdę. Jej słowa były bardzo wiarygodne. Po chwili zdał sobie sprawę z tego, że... dzisiaj są urodziny jego i Suzaan dzieci.
Wędrówka mijała na ogół spokojne. Ku zdziwieniu rodziców, dorosły już Ray dobrze dogadywał się z Attheaeldre. W środku oboje mieli nadzieję, że suka zdecyduje się zostać z nimi. Wtem... stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. W lesie, w którym się znajdowali wybuchł pożar. A co gorsza, Kita nigdzie nie było. Malcolm zdecydował, że rzuci się w płomienie w poszukiwaniu znajomego psa. Było to niezwykle ryzykowne.
— MALCOLM, NIE! — zdążyła krzyknąć Suzaan, a on był już za drzewami.
4 stycznia 2018
Od Malcolma cd. Suzaan
Oczy otworzyłem po piątej, niemałe zdziwienie, gdy poszło się spać o pierwszej. Mimo to nie czułem się zmęczony, wręcz przeciwnie, wypoczęty jak nigdy. Miałem ochotę działać, coś dzisiaj zrobić, pożytecznego, bo jaki sens miałoby robienie czegoś, co nie pomoże ani mi, ani innym członkom sfory, a na złe im działać tym bardziej nie chciałem. Byli dla mnie ważni, to moja rodzina. Może nie byłem z nimi spokrewniony, nie łączyły nas więzy krwi, to prawda. Wróćmy jednak do rzeczywistości. Pierwszą rzeczą na mojej ''liście'' był poranny patrol. Czasami wysyłałem kogoś ze szpiegów lub morderców, dziś stwierdziłem, że moja kolej. Tereny się od początku nie powiększały, a z racji, że każda sfora, wataha bądź każde stado znajduje się parędziesiąt kilometrów dalej, mieliśmy dużo miejsca. Tak właściwie nic nie stało nam na przeszkodzie, a jednak nadal granica była w nienaruszonym stanie. Jedynym niebezpieczeństwem byli ludzie, przyjeżdżający tutaj na ognisko czy polowanie. Tego dnia dane było mi ich spotkać. Przechodząc przez las natknąłem się na wypalone ognisko, wokół porozbijane butelki i śpiący dwunożni. Czy to byli ci sami co przedwczoraj? Tak, rozpoznałem ich, w szczególności dwójkę ciemnoskórych. Rozejrzałem się. Nadarzyła się idealna okazja, aby uzupełnić zapasy, w namiocie paręnaście metrów dalej leżało mnóstwo chleba, mięsa i warzyw, a te jemy już w ostateczności, ale lepszy rydz nic niż. Z drugiej strony, czy powinienem kraść? Czy uznać to jako rewanż, za naruszanie granic? W końcu zamek niedaleko, jeszcze wpadnie im do pustych głów, żeby iść dalej, a jeśli zostaną bez jedzenia, wrócą się, uzupełnią zapasy. I wrócą. Lepszą opcją była kradzież, bo jeśli już by się stało to, czego się obawiam, mielibyśmy więcej czasu na przygotowanie się do ewentualnej obrony. Porwałem jednemu z nich torbę, wypchałem po brzegi jedzeniem. Dodatkowo, w rogu leżała kolejna torebka wypełniona pożywieniem dla nich. Złapałem w zęby, drugą przerzuciłem przez grzbiet. Chociaż było ciężko, wybiegłem i skierowałem się w stronę sfory. Pojedynczy krzyk mężczyzny uświadomił mnie, że obudził się, a następnie cała grupa.
29 grudnia 2017
Od Malcolma cd. Sasuke'a(do Marshmellow)
— Sasuke — odparł oschle. — Szukam sfory.
W myślach powtórzyłem jego słowa. Szuka sfory, a ja stoję przed nim. Przywódca sfory.
— A ty? — zwróciłem się do siedzącej suki.
— Marshmellow. Spotkałam go na swojej drodze.
Dwójka nieznanych mi psów na moim terenie. To albo wróżyło nieszczęście albo szczęście. Albo im zaufamy, a oni nas zdradzą, albo zostaną, wierni sforze.
— Malcolm, przywódca Kingdom of Dogs — przedstawiłem się. — Jest późno, nie uważacie, że powinniście znaleźć schronienie, chociaż na noc?
— Sugerujesz, że powinnam spać z nim? Nie. Nie ma takiej potrzeby.
— Nic takiego nie mówiłem. Idziecie ze mną, dostaniecie coś do jedzenia i komnaty na noc. Rano zdecydujecie co zrobicie dalej.
Od Malcolma cd. Suzaan
Wszystko było ustawione, dziś wszyscy nocowali w zamku, aby stawić się na posiłek o odpowiedniej porze, czyli równo w południe. Każdy zyskał na jedną noc własną komnatę, gdzie mógł się w spokoju wyszykować. I ja wróciłem do siebie, zmęczenie dawało we znaki, dlatego bez zbędnych czynności udałem się spać, chociaż dzisiaj chciałem się wyspać, co było rzadkością, ponieważ zazwyczaj kładłem się po północy, jak nie później, a wstawałem o siódmej. Zegar wskazywał dwudziestą drugą, zasnąłem.
Uśmiechnięta postać kroczyła przez pola. Szła w moją stronę. Czy planowała coś złego? Zamknąłem oczy, bo tak mi kazała. Usiadłem, bo tak mi kazała. Teraz miałem otworzyć oczy, rozpłynęła się. Złudzenie.
Otrząsnąłem się. Rozejrzałem niespokojnie po komnacie. Chyba wszystko było w porządku. Dziś czekał mnie obiad, a następnie zabawa. Czy ten sen miał coś znaczyć? Krótki, ale z sensem. Wątpiłem, że dotyczy dzisiejszego wydarzenia. Próbując o tym zapomnieć, zacząłem szykować się do wyjścia z komnaty, bo było dosyć późno, po dziesiątej, a trzeba było jeszcze postawić wszystkie potrawy, a ugotowaniem ich zajęły się nasze sunie, za co byłem im dozgonnie wdzięczny, bo chyba pamiętamy co ja upichciłem ostatniej wigilii. Spotkałem Sasuke'a, który towarzyszył mi aż do sali. Tam zastaliśmy zapracowane suczki. Wszystko było idealne.
Suzaan? Wybacz za powalającą długość, jednak wątek musi się szybciej rozwijać, prawda?
Od Malcolma - Quest #3
Dziewiętnasta pięćdziesiąt dziewięć, a ja jak szalony pędziłem na dół. Minuta i się spóźnię, a tak nie wypada. Gdy moja łapa stanęła na czarnych kafelkach, którymi wyłożona była klubowa podłoga, zawahałem się, czy aby na pewno to dla mnie. Jakoś nie wyobrażałem sobie siebie hulającego po parkiecie, pijąc drinka z wysoką zawartością alkoholu. Każdy kolejny krok, niby niepewny, stawał się bardziej zdecydowany, a do moich uszu docierała głośna muzyka.
— Kto się zjawił! — usłyszałem głos Suzaan. — Nikt się ciebie nie spodziewał, miła niespodzianka.
— Widzisz, niedźwiedź wylazł z gawry — zaśmiałem się. — Macie jakiegoś dobrego drinka?
— Tak na dobry wieczór? Jasne! Chodź z nami... — odezwała się Marshmellow, stojąca obok przyjaciółki.
Szedłem za nimi, aby tylko dogonić dwie samice, niemal skaczące. Podały mi zielonego drinka. Usiadłem na kanapie i sącząc go przyglądałem się tańczącym. Miałem ochotę do nich dołączyć, ale nie teraz, jak tylko skończę. Kim złapał za łapy Hus, porywając sunię do tańca. To samo chciałem zrobić z Suzaan, jednak tę samicę ''zabrał'' mi Thor. Zrobiłem skwaszoną minę, bo do mych ust trafiła cytryna. Zrezygnowałem z tańca na rzecz kolejnego drinka, kolejnego i kolejnego. Chyba ją pocałowałem. Albo to była Rosebud. Albo jakiś samiec. Ja nawet nie wiem.
Ziewnąłem. Bolała mnie niesamowicie głowa. Rozejrzałem się po całej komnacie, jakbym był duchem. Spojrzałem na wiszący po prawo zegarek. Gdy zdawało mi się, że może być koło dziewiątej, była... dwunasta! Jak? Czy byłem tam aż tak długo? Co ja tam robiłem? I najważniejsze pytanie, ile wypiłem? Nie znałem odpowiedzi na żadne z tych pytań, to mnie niepokoiło. Nie było sensu iść na śniadanie, bo to zazwyczaj kończyło się o dwunastej dziesięć, jeszcze by mi posiłek sprzed nosa zabrali i by było. Obiad zaczyna się przeważnie o trzynastej, aby ci, którzy mają w planach gdzieś dzisiaj wyjść, zdążyli zjeść. Ja nie zaliczałem się do nich, z pewnością nie dziś, gdy mam ochotę zostać w łóżku. Poza tym zbierało mi się na wymioty, co jeszcze bardziej uprzykrzało dzień. Wczoraj się nabawiłem, dzisiaj czekają mnie obowiązki. Chyba jednak nie. Dlaczego nie? Miałem kaca. Nie chciało się nawet zwlec z łóżka, aby zaspokoić potrzeby. Powinienem wziąć się w garść, ale kac wziął górę. Jedynym powodem dla którego w końcu wyszedłem z łóżka były wymioty, a raczej to, że mi się na nie zbierało. Chociaż nie gniłem pod kołdrą. Z miną jakby mi walec po niej przejechał, w końcu opuściłem swój pokój. Stałem jak nieżywy przed drzwiami komnaty. Zamek był całkowicie pusty, nie było nikogo. Każdy wypoczywał w swoim domku, a ja jedyny mieszkałem tutaj. Czasem było i dobrze, bo nikt mi nie przeszkadzał, gdy musiałem robić coś ważnego, ale z drugiej strony ta cisza była wręcz nieprzyjemna. Zbliżałem się do wyjścia, poczułem zimno. Padał śnieg, padał śnieg, sypało. Miało to swój urok, ale nie teraz, GDY CZUŁEM SIĘ JAK ZGNITA PARÓWKA, A RACZEJ FOLIA OD NIEJ. Czy folia może być zgnita? Chyba nie, ale to nieważne. Jedyną suką, której ufałem na tyle, żeby jej się żalić była Suzaan. Właśnie do niej się skierowałem. Puk, puk. Cisza. Puk, puk. Znowu cisza. PUK, PUK JEST TAM KTOŚ?!
— Nie drzyj się — usłyszałem głos dochodzący z domku. — Już otwieram.
Mruknąłem coś pod nosem, gdy wchodziłem do salonu. Bez zastanowienia rozsiadłem się na jednym z foteli.
— Boli mnie głowa — zacząłem.
— Mnie też.
— Zbiera mi się na wymioty.
— Mi też... chwila, stop, nie tu.
— Wiem. Jadłaś coś? — zapytałem suni.
— Dopiero co się obudziłam, ty pewnie też. Co powiesz na obiad? — zaproponowała.
Zgodziłem się. Nie oczekiwałem wykwintnego posiłku, zwykłego posiłku. Dane mi było trochę poczekać, mięso nie gotowało się w momencie. Jak zwykle na tym fotelu zasnąłem, jednak tym razem nie budziła mnie przyjaciółka, ale czekała, aż ja sam to zrobię.
Po szesnastej nareszcie zabraliśmy się za obiad, bieda czekała na mnie z pustym żołądkiem.
— Mogę u ciebie dzisiaj zostać? — odezwałem się.
— Skąd taki pomysł? — zdziwiła się.
— A tak... sobie. Mógłbym? Tu, na fotelu.
Zgodziła się na moje szczęście. Przed dziewiętnastą było coraz lepiej.
Od Malcolma cd. Suzaan
Suka krzątała się po kuchni, włączyła wodę, wyjęła listki mięty, po czym wsadziła do kubka. Spoglądałem na to z boku, grzecznie czekając. Wtuliłem się w leżący na mnie koc, naprawdę przyjemny w dotyku. Materiał w kratki spoczął na moim brzuchu, pokrywając przy okazji łapy, wystawała jedynie głowa, co umożliwiało mi rozmawianie i w ogóle oddychanie. Taka poza po krótkiej chwili przestała być dla mnie wygodna, więc próbując ją zmienić, wierzgałem każdą łapą, przez co kocyk wylądował na ziemi. Westchnąłem, nie miałem już ochoty sięgać po niego, więc pozostałem tak jak teraz, czyli łeb na podłokietniku, zaś reszta ciała luźno leżąca na fotelu. Czekając tak na sunię zdążyłem zasnąć, zmęczony po całym dniu. Nie na długo, parę minut później Suzaan z gotową miętą pukała mnie w łapę, powtarzając ''Obudź się, obudź się''. Leniwie otworzyłem oczy, zaspanym wzrokiem spojrzałem na stojącą sunię z miętą w łapie. Brązowooka niecierpliwie czekała aż jaśniepan zejdzie w końcu z fotela, albo równie dobrze usiądzie, aby w spokoju wypić napój, gdy ta wróci do kuchni. Przeciągnąłem się i wyciągnąłem do niej łapę, podała mi kubek. Poparzyłem się, biorąc pierwszy łyk. Kolejny wykonywałem ostrożniej. Syknąłem, gdy gorąca ciecz dotknęła ponownie mojego języka, co było dosyć nieprzyjemne. Dmuchnąłem. To chociaż trochę pomogło, przestygła.
Odprężający napój faktycznie pomógł, ogrzewając mnie od środka. Suz wybrała zwykłą herbatę. Po dwóch godzinach spędzonych na rozmowie i piciu(oczywiście miętki i herbatki) zdecydowaliśmy się na wyjście na dwór. Może i było po dwudziestej, ciemno, jednak to miało również swój urok. Husniye i Kimble spacerowali przy jeziorku, niczym para zakochanych. Nowa sunia, Marshmello spędzała swój wolny czas z Sasuke'em, również świeżo upieczonym członkiem. Nigdzie nie widziałem ani Thora, ani Leona. Kenai zapewne siedział u siebie w domku, zaś Rosebud lepiła bałwana niedaleko teraz już siedzących Husi i Kima. Wszystko było dobrze, do czasu...
Usłyszałem niepokojący huk, przypominał on strzał. Nie najzwyczajniejszy hałas, nie było to naturalne. W sforze zaczęła siać się panika. Nikt nie wiedział co się dzieje, ja próbowałem zapanować na tym, jednak moje starania były na nic. Do tego dołączyły się krzyki, krzyki... ludzi. W momencie z odważnego samca Alfa zrobiła się strachliwa, bezsilna kulka. Jeśli są tu ludzie, nie mamy szans. Trzeba będzie się stąd wynieść, nie poświęcimy nikogo.
— Suzaan, zbierz wszystkich w zamku, nikogo nie omiń — zwróciłem się do suki. — Nie pozwolę wam zginąć.
Skinęła łbem, ja obróciłem się na łapach i skoczyłem przed siebie. Jeśli wymordują całą zwierzynę, a będą czuli niedosyt, mogą dotrzeć aż tutaj. A tego nikt z nas nie chce. Wbiegłem w las, głosy były coraz głośniejsze, ja byłem bliżej, oni byli bliżej. Ile mogło ich być? Dziesiątka? Piętnastka? Nie rezygnowałem, wolałbym sam zginąć, niż narażać sforę. Niech zabiją jednego, nie dziesiątkę. Kolejny strzał, za nim dwa następne. Siedząc w krzakach zauważyłem idących ludzkich myśliwych, łowców. Jeden, dwa, trzy, cztery... piątka. Nie ukrywam, spodziewałem się większej ilości. Nie zmieniało to faktu, że oni mieli broń, moją były jedynie kły i w ostateczności pazury. Zaczęli gadać coś do siebie, nie rozumiałem kompletnie nic. Jedno wiedziałem, zauważyli mnie.
Bałem się. Po prostu się bałem. Zastygnąłem w bezruchu. Podeszli do mnie. Znów porozumiewali się za pomocą nieznanego mi języku. Ciemnoskóry przykucnął, patrzyłem na niego oczami pełnymi nienawiści,
— Jesteście na terenach sfory Kingdom of Dogs! Wynoście się!
Na nic, to było dla nich jedynie psie szczekanie. Uśmiechnęli się do mnie. Chyba nie chcieli mi zrobić krzywdy, tak sądziłem po ich minach. Wtem jeden wyjął z plecaka kawałek skóry, który chciał założyć mi na szyję, chociaż się wyrywałem. Wzięli mnie ze sobą, na szczęście zawrócili i nie szli dalej. Sfora była bezpieczna.
Suzanne?
25 grudnia 2017
Od Malcolma do Suzaane
Nikt nawet nie pomyślał, że dziś przysypie aż tyle śniegu. Zanosiło się na lepienie bałwanów, albo lepiej... zjeżdżanie na sankach czy budowanie igloo. To było osiągalne, bo dzisiaj tereny całej sfory pokryła gruba warstwa śniegu. Nie było co się dziwić, zima rozpoczęła się prawie pięć dni temu. Od mojego przybycia ani razu nie padał śnieg, jedynie deszcz. Po krótkim namyśle postanowiłem urządzić... bitwę na śnieżki! Puch wyglądał na odpowiedni do tworzenia kulek, więc nic nie stało nam na przeszkodzie. Odwiedziłem każdą sunię, biorąc ją ze sobą przy okazji. Cała czwórka zebrała się na otwartej przestrzeni, polanie za lasem. Choć przebyliśmy daleką drogę, nie było mowy o zmęczeniu. Każdy żył myślą, że zaraz czeka nas najlepsze. To w pewnym sensie pobudzało do działania. Głowiliśmy się dłuższą chwilę, w jaki sposób to zorganizować, aż Suzaan wpadła na wspaniały pomysł, coś w rodzaju berka, ale z użyciem śnieżek. Na samym środku ustawiliśmy gałąź, ten, który jako pierwszy wyrwie ją ze śniegu wygrywa. Odeszliśmy od siebie, każdy w inną stronę. Byłem daleko, podobnie jak sunie. Wtem rozległ się krzyk Husi, oznaczał rozpoczęcie rozgrywki. Jaką miałem taktykę? Z pewnością nie biec na ślepo, pierw trzeba zrobić zapasy, aby bronić się w jakikolwiek sposób. Ulepiłem ponad 8 śnieżek, więcej nie byłem w stanie wziąć ze sobą. Wskoczyłem za kamień, gdy tylko usłyszałem tupot łap. Byłem gotowy oddać pierwszy strzał. Wychyliłem się zza skały, aby skontrolować sytuację. Nic nie było słychać, wyszedłem na otwartą przestrzeń. Poczułem ból w okolicach karku, nie kto inny jak Ivyanne wycelowała tam, a następnie rzuciła z siłą, której pozazdrościłby niejeden samiec, w tym ja. Poleciała następną, padłem na ziemię, ale nie dlatego, że się poddaję. Triumfalny okrzyk Su wyrażał między innymi radość, że pokonała w bitwie na śnieżki alfę. Nie tak prędko. Podeszła bliżej, kątem oka zauważyłem uśmiech goszczący na jej mordce. Odwróciłem się i przygwoździłem sprytną samicę do ziemi, czego w zupełności się nie spodziewała.
Suzaan? Wybacz, że piszę cały czas takie krótkie, święta.
24 grudnia 2017
Od Malcolma cd. Husniye
Los dzisiejszego dnia mi sprzyjał, gdyż świeżo upieczone członkinie sfory od razu zgodziły się pomóc mi w przystrajaniu choinki i niektórych pomieszczeń w zamku, bezinteresownie. Liczyły się każde chęci, a poza tym byłem niesamowicie szczęśliwy, że akurat tutaj przybyły tak uczynne sunie. Chociaż czasami czułem się dosyć nieswojo, otoczony trzema samicami. Może to mało. Husi zajrzała na stołówkę później niż Suzaan i Rosebud, ale nie miało to większego znaczenia. Gdy już kończyłem posiłek, podeszła do mnie, właściwie do nas. Przywitała serdecznym uśmiechem, ja jednak nie owijałem w bawełnę, od razu zapytałem, czy nie chciałaby przystroić zamkowych korytarzy. Już myślałem, że odmówi, w końcu w swoim domku też ma dużo pracy. Spotkało mnie pozytywne zaskoczenie, zgodziła się bez zastanowienia. Ucieszyłem się, moim obowiązkiem było zorganizowanie wigilii. Miałem nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Poinformowałem dwie sunie na miejscu, później złapałem Rose, przekazałem jej, żebyśmy wszyscy spotkali się w sali zamkowej o godzinie dziewiętnastej. Nie było sensu czekać dłużej, ruszyłem do ludzkiej wioski, aby znaleźć stół, przy którym zasiądziemy, gdy tylko zabłyśnie pierwsza gwiazdka. Byłem również odpowiedzialny za posiłki, wątpiłem, że będzie ich równo dwanaście. Sześć, góra siedem. Nie było czasu szukać więcej.
Powoli dochodziła trzynasta, wracałem z wioski po raz trzeci, tym razem ciągnąłem za sobą dodatki, również niektóre składniki. Jedzenie należało wykonać samemu, nie chciałem podkradać z wioski. Przestawienie stołu wymagało niezłego wysiłku, ważył trochę. Sytuacja z krzesłami była łatwiejsza. Później rozłożyłem elegancki obrus, na nim świecznik i coś w rodzaju misek, tam znajdzie się posiłek. Zmęczony westchnąłem, byłem w pełni świadom, że czeka mnie randka z kuchnią, a ja plus ona to wybuchowa mieszanka. Zamknąłem pomieszczenie na klucz, żeby nic przypadkiem nie zginęło, a co ważniejsze żeby póki co dziewczyny nic nie widziały, taka... niespodzianka. Czołgałem się po korytarzach. Gdy tylko dotarłem do kuchni, podszedłem do blatu, złapałem za miskę i łyżkę, myśląc, jak tego w ogóle użyć. Sięgnąłem po mąkę, dodawałem jajka i dolałem wodę. Zmieszałem kapustę i grzyby, z tego miało powstać nadzienie do pierogów, chyba tak to się nazwało. Szkoda, że nie miałem palców jak ludzie, więc wszystko szło opornie, wypadało mi z łap. W końcu wziąłem się w garść, powstało około 20 pierogów. Po wyliczeniach 5 na jednego psa. Można powiedzieć, że byłem z siebie naprawdę dumny. Kolejnym posiłkiem na liście była kapusta, później ryż... i tak dalej, i tak dalej.
Osiemnasta, wszystko gotowe. Jedynym co pozostało mi do roboty było przywołanie do porządku samego siebie, żebym wyglądał jak cywilizowany pies. Zajęło mi to w przybliżeniu pół godziny. Po tym udałem się na salę, aby podłożyć pod choinkę prezenty dla każdej z nich oraz powitać, gdy tylko zjawią się. Nie musiałem długo czekać, pierw Suzaan, następnie Husi, ostatnia dotarła Rosebud. Witajcie, tak rozpocząłem wigilię. Najpierw składaliśmy sobie życzenia, podszedłem do Husniye.
Husniye?
23 grudnia 2017
Od Malcolma
Przechadzałem się po jakże pustych polach, wiatr mierzwił moją sierść, ja rozmyślałem nad sensem tego wszystkiego. Własna sfora. Choć nie wierzyłem zbytnio, że w najbliższym czasie zastępy powiększą się, niemal nic nie wykluczało tej opcji. Może to tylko początkowy brak wiary? Każda sfora tak zaczyna. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
Daleko w krzakach zdążyłem zauważyć nieznaną sunię. Biało-czarna sunęła między leśną roślinnością, niemal w ciemno. Ciekaw byłem, co ją sprowadza na te tereny. Również zadawałem sobie pytanie, czy należy do jakiejś z pobliskich sfór, czy może pochodzi z wioski. W końcu przedarła się przez gąszcz, dostrzegła mnie. Przyspieszyła, czy mój widok sprawił jej radość? Może podobnie jak ja, nie zna tutaj nikogo? Nadzieja, serce biło coraz mocniej.
— Witaj! — usłyszałem na powitaniu. — Jestem Husniye, a ty?
Husniye? Niespotykane imię, przynajmniej nie dla mnie.
— Malcolm — skinąłem łbem. — Przebywasz aktualnie na terenach Kingdom of Dogs, Husniye.
— Co?
— Sfora — wyjaśniłem. — Trafiłaś na nasze tereny.
— A ty kim jesteś?
— Alfą tej sfory — uśmiechnąłem się, tym razem ciepło.
Nawet nie myślałem, że to spotkanie mogło przynieść tak wiele, gdyż sunia została z nami, a właściwie mną. Pierwsze koty za płoty, czy jakkolwiek to się powiadało.
22 grudnia 2017
Malcolm!
