31 grudnia 2017

Krótkie podsumowanie miesiąca+niespodzianka!

Witajcie, moi kochani!

Jestem dumna. Jestem dumna z was wszystkich, z całej dziesiątki. Niektórzy włożyli w to więcej pracy, niektórzy mniej. Ale robiliśmy, a właściwie zrobiliśmy to razem. Może to nie jest wysoki wynik, jednak dla nas, sfory, która istnieje zaledwie 9 dni(działamy od 22.12!), to naprawdę dużo. 33 posty - otwarcie, formularze i opowiadania. Nie jest to okrągła liczba, ale warto podziękować. Największy wkład w to włożyli:
Malcolm - 7 opowiadań
Suzaan - 4 opowiadania
Sasuke - 3 opowiadania
Marshmellow - 3 opowiadania
Dlatego chcę wam gorąco podziękować, moi drodzy. Nie sądziłam, że w tak krótki dzień do naszej sfory dołączy aż 10 członków.
~***~
Poza tym różowo-fioletowy szablon długo się nie nabył. Zmieniłam kolorystykę szablonu(z pomocą wspaniałej Avu, która pomogła przy HTMLu) na bardziej zimową. Chociaż nadal wprowadzam poprawki, można uznać, że szablon jest gotowy. Nie zmienia to faktu, że szablon wykonała niezastąpiona aleks, za co dziękuję jeszcze raz.
~***~
Ale to nie koniec! Co miesiąc-dwa organizowane będą... poszukiwania! Tak, właśnie poszukiwania. Ale na czym to polega? Każdy może napisać dowolną ilość opowiadań w których dowolna postać wyruszy na parudniowe poszukiwania(od jednego do trzech dni). Jaki to ma cel? Poszerzamy tereny! Autor przesyła zdjęcie, nazwę oraz opis danej lokacji. Autor, który napisze najwięcej opowiadań - bonus! Macie czas do 14.01!
Minimalnie 400 słów!

~Malcolm

30 grudnia 2017

Od Sasuke'a cd Marshmellow

Resztę nocy pies spędził śpiąc w wyznaczonym dla niego lokum. Nie musiał zaprzątać sobie głowy czy chce tu zostać czy nie. Miał swój cel, który za wszelką cenę chciał osiągnąć, a dołączenie do sfory było pierwszym punktem do realizacji postanowień. Determinacja, którą miał w sobie Sasuke, była wystarczająco silna, aby przerwała nawet wiele niepowodzeń. Sen Sasuke był spokojny, pierwszy raz od kilku dni. Cały czas śniły mu się te same pyski z przeszłości. Te zimnie oczy ojca, zeszklone oczy martwej matki, wiecznie skrzywiony pysk brata, zawód w oczach ukochanej. Od tego dnia musi się to wszystko zmienić! - pomyślał Sasuke przez sen - Jedynie cel zostanie ten sam. 
Z samego rana Sasuke w zwyczaju udał się na polowanie. Z tego co zaobserwował sfora posiadała myśliwych, jednak nie należał jeszcze oficjalnie do sfory, aby brać od nich pożywienie, już wczoraj z tego korzystał, nie chciał nadwyrężać ich dobroci. Wyszedł ze swojego lokum. Rześkie, poranne powietrze pobudziło go na dobre. Złapał trop sarny i szybko ruszył do źródła zapachu. Sasuke przykucnął przy drzewie obserwując sarnę, która pasła się nieopodal. Nagle usłyszał odgłos przedzierającej się przez krzaki sierści. Sarna też to usłyszała i uciekła. Pies warknął lekko pod nosem. Obok niego po chwili pojawiła się Marshmellow. 
- Zdecydowałaś się? - zapytał. 
- Na co?
- Czy zostaniesz w sforze?
<Marshmellow?>

Od Marshmellow cd. Malcolma(do Sasuke'a)

Spojrzałam na Sasuke'a. Jego stosunek wydawał się prosty - idę, nabiorę sił i zrobię co mam zrobić. Malcolm zdecydowanie czekał na mój ruch, jak gdyby wyczuł Sasuke już przy pierwszym spotkaniu, którego ja wcześniej nie mogłam poczuć i tylko ze względu na mnie zaproponował abyśmy rano zdecydowali co zrobić.
- No to idziemy. - Wydusiłam z siebie prowokując przy tym uśmiech na własnej mordzie. 
Malcolm, przywódca sfory, którego nawet nie podejrzewałam o to, lecz gdyby spojrzeć na jego postawę i stosunek widać jaką rangę zajmuje. Po jego sposobie bycia nie było już wątpliwości, że dowodzi sforą. 
Od samca otrzymaliśmy jedzenie. Ba... Byłam głodna. Nie... Byłam piekielnie głodna. Mimo burczącego brzucha zjadłam dość małą część swojego dania, emocje które towarzyszyły mi tego dnia wystarczająco mnie nakarmiły. 
Pies wskazał nam komnaty w których mieliśmy spędzić noc i poukładać sobie wszystko w głowach. Decyzja Sasuke była prosta, ja nie bardzo wiedziałam co tu robię i czy to właściwy wybór. 
W każdym bądź razie... Było tu przytulnie i ciepło, zmęczenie dawało się we znaki, zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie na odprężenie, moje uszy słyszały każdy dźwięk, nos czuł wszystko a ciało? Czerpało rozkosz z wylegiwania się. Zmartwienia w tej chwili odeszły, chciałam i pragnęłam tylko tego, aby oczyścić swój umysł. Było to nie tylko zdrowe dla mojej psychiki, ale też zapowiedź udanego jutra.


Sasuke?

Od Suzaan cd. Malcolma

Przygotowania do uroczystości szły naprawdę szybko, ale przyjemnie. Razem z innymi członkiniami sfory ustaliłyśmy, która czym ma się zająć. Wyszło jednak na to, że wszystkie zostałyśmy w kuchni. Po jakimś czasie pomieszczenie było pełne od przeróżnych zapachów, niektórych mdłych, innych zachęcających do zjedzenia. Niestety w końcu musiało to się zmieszać. Powstała okropna woń. Miałyśmy ochotę uciec z tych czterech ścian, ba, w ogóle zamku. Postawiłyśmy jednak na otwarcie wszystkich okien, co było raczej mądrzejszym pomysłem. Gdy się wywietrzyło, mogłyśmy na spokojnie dokończyć wszystkie dania. Nie posiadałyśmy nawet chwili, by odpocząć i rozmyślać nad tym, czym pozostałe psy się zajmują. Chciałyśmy dać z siebie wszystko. Pokazać, iż wspólnie damy radę. Byłyśmy wręcz pewne, że wspaniale się z tym uporałyśmy. Kiedy wszystko było gotowe, każde pożywienie miało swoje miejsce na pięknie udekorowanych naczyniach, postanowiłyśmy chociaż trochę posprzątać kuchnię, by Malcolm nie zastał jej brudnej i pełnej od resztek żywności.
Wreszcie mogłyśmy opuścić pomieszczenie, w którym spędzałyśmy połowę dzisiejszego popołudnia, aż do wieczoru. Z gotowymi potrawami ruszyłyśmy w stronę sali, gdzie były już ułożone wszystkie krzesła, stojące przy ogromnym stole. Nad nim wisiał świecznik z wysokimi, zapalonymi już świecami. On, wraz z powieszonymi na ścianach pochodniami oświetlali całe wnętrze. Do tego te cudowne, dotykające aż wypolerowanej podłogi zasłony, ah! Było naprawdę prześlicznie, już nie mogę doczekać się rozpoczęcia uroczystości. W postawieniu dań pomogli nam przybyli samce. Malcolm i Sasuke podawali nam pełne od pożywienia naczynia, natomiast my je układałyśmy na stole, pokrytym koronkowym obrusem z pozłacanymi wykończeniami.
- To będzie wspaniałe przyjęcie. - mruknęłam cicho do wysuwającego łapkę z przygotowaną rybą Malcolma. Odebrałam potrawę i położyłam ją w wolnym miejscu. Pies się uśmiechnął, co ja po chwili odwzajemniłam. - To wszystko? - zapytałam się dziewczyn, spoglądając na każdą po kolei.
- Chwilka... - pisknęła Husi, poprawiając serwetę, która przez przypadek się podwinęła. - Wszystko! - rzekła, po czym wszyscy się zaśmiali.
- Czas rozpocząć! - powiedział donośnym głosem alfa sfory, na co wszyscy pozostali zaczęli wyć ze szczęścia. Dołączyli się również samce, właśnie wchodzący na salę. Zasiedliśmy do stołu, po czym ze smakiem zaczęliśmy rozkoszować się daniami. Już na początku cała kucharska ekipa otrzymała komplementy, dotyczące jedzenia. Mężczyźni cały czas nas chwalili, przez co jedna się zawstydziła, druga zarumieniła, inna wesoło uśmiechnęła, a ja podziękowałam za wszystkie. Co dość mnie zdziwiło, Malcolm dopiero po kilku kwadransach spostrzegł, że nie ma alkoholu. Rzekł, iż tak nie może być i zaraz po tym ruszył do swojej małej spiżarni, gdzie chował swoje zdobycze. Wyciągnął trochę wina, trochę piwa, trochę whisky. Zapytałam się, tak jaki inni, skąd to wytrzasnął, jednak ten odpowiedział milcząc. Kiedy pozostali odpuścili i zajęli się polewaniem trunków, mi szepnął do ucha:
- Tajemnica. - zachichotałam cicho, wpatrując się w jego oczy. Kasztanowe... hipnotyzujące. Od dalszego patrzenia powstrzymała mnie Marshmellow, podając lampkę czerwonej cieczy. Bez zastanowienia wzięłam pierwszego łyka. Później drugiego, trzeciego... Chociaż pierwszy raz piłam wino, ani razu nie miałam skwaszonej miny. Zasmakowało mi, dlatego po chwili już napoju nie było. Poprosiłam o dolewkę, jednak tym razem odstawiłam obok talerzyka. - To co, najedzeni? - zapytał Mal, gdy skończył jeść dziczyznę. - W takim razie zapraszam na parkiet! - powiedział wesoło, widząc kiwające mordki innych. Wstał z krzesła, a następnie stanął przede mną. Co zrozumiałam od razu, prosił mnie o wspólny taniec. Odpowiedziałam mu szerokim uśmiechem, po czym radośnie zeskoczyłam i ruszyłam z nim na środek sali, czyli przed część jadalni. Po sekundzie usłyszałam melodię, dochodzącą z włączonego gramofonu. Identyczny miała Urshula, zawsze słuchała z niego muzyki podczas kolacji. Suz, teraz nie o tym. Zajmij się wspaniałą teraźniejszością. Moje łapy zaczęły same chodzić w rytm. Kąciki ust Malcolma przez to się uniosły, widać było na jego mordce rozbawienie. Nie przejmowałam się tym, bo to przecież zabawa. Również zaczęłam się śmiać, jednak zostałam przez samca uciszona, kiedy ten wtulił się we mnie delikatnie. Ja także go objęłam, nie wiem dlaczego, po prostu. Tak zaczęliśmy powolny taniec, na parkiet ruszyły także inne pary. Podobało mi się. Było tak... romantycznie.

Malcolm? Prawda, prawda c;

Od Leona cd. Suzaan

Był piękny, zimowy poranek. Gdy słońce ogrzało mój grzbiet, postanowiłem potrenować. Najpierw zjadłem pożywne śniadanie, potem wyszedłem. Alfa sfory, Malcolm, kazał mi ćwiczyć w lasku niedaleko gór. Pobiegłem tam więc truchtem, a na miejscu postanowiłem chwilkę pozwiedzać. Wybrałem swoją dróżkę. Przeskakiwałem przez kłody leżące na drodze. Gdy przeskoczyłem jedną z nich, zatrzymałem się. Usłyszałem dziwny dźwięk. Po chwili leżałem już na ziemi. Wpadła na mnie suka.
- O jeny! Bardzo Cię przepraszam, powinienem ćwiczyć na wyznaczonych ścieżkach,a nie wybierać je sobie sam. Nic Ci nie jest?- N-nic się nie stało. Nie spodziewałam się tu nikogo ze sfory. Chyba że nie jesteś tutejszy... -powiedziała suka, otrzepując się z uśmiechem.- Też nie spodziewałem się tu nikogo ze sfory. Należę do Kingdom Of Dogs i jestem mordercą. Miałem tutaj ćwiczyć.- O rany! Naprawdę? Ja też jestem mordercą i też miałam zamiar tu trenować. Jestem Suzaan. A Ty?- Leon, miło mi cię poznać. To może najpierw... pościgamy się?- Zgoda - odpowiedziała Suzaan. Ruszyliśmy do biegu. Wyprzedzałem sukę, jednak ta nie dawała za wygraną. Na swojej drodze mieliśmy wiele przeszkód - musieliśmy biec slalomem między drzewami, które czasem między sobą miały bardzo małe odstępy. Na koniec naszego maratonu, na ostatniej prostej musieliśmy przeskoczyć dosyć wysoką belkę. Nie przechwalając się, wygrałem o włos, ale niestety po przekroczeniu beli, potknąłem się o kamień. Suzaan upadła na mnie.- Ojć, sorki.- Nic nie szkodzi. - odpowiedziałem, a gdy Suzaan się podniosła, wstałem i otrzepałem się.- Chyba starczy nam już tego treningu.- Zmęczyłaś się?- Trochę.- To chodźmy już do domu. - odparłem. Pod domkami, gdy już żegnałem się z Suzaan, poczułem zimno na grzbiecie. Odwróciłem pysk, w który następnie oberwałem śnieżką. - A więc tak się chcesz bawić... - wymamrotałem sobie pod nosem, lepiąc kulkę ze śniegu. I tak rozpętała się wojna.

<Suzaan?>


29 grudnia 2017

Od Malcolma cd. Sasuke'a(do Marshmellow)

 Zainteresowany podchodziłem coraz bliżej, podsłuchiwałem dwójkę psów. Nie powinienem, jednak zaintrygowała mnie ich rozmowa, mówili o sforach, rozpadzie wielkich stad. Nie słyszałem wszystkiego wyraźnie, jedynie pojedyncze słowa. Kroczek za krokiem, starałem się być cicho, co z początku dosyć mi się udawało, jednak z każdym kolejnym krokiem rosnęło zagrożenie, że mnie usłyszą. W końcu zdecydowałem się wyjść. Samiec zareagował jako pierwszy, cofnąłem się. Nie miałem zamiaru atakować, nie bez powodu. Byli na terenach Kingdom of Dogs, jeśli okazałaby się, że to szpiedzy, nie byłoby za ciekawie. Już jeden incydent z ludźmi wystarczył jak dotąd. Spokojnym głosem wyjaśniłem, że nie powinien się denerwować, że dbam jedynie o dobro sfory. Sfory? powtórzył. Skinąłem zgodnie łbem. Nie ulegało to wątpliwości. Niezbyt rozumiałem o co chodziło psu, mówiłem jasno i wyraźnie. Wymieniłem spojrzenia z jego kompanką(bądź kompanem, jednak wyglądała na sukę). Nie wiedziałem co robić, jedynym wyjściem było kontynuowanie dialogu. Zadałem więc pytanie, czego tutaj szukają. Chwila minęła zanim postanowił ponownie zabrać głos.
 — Sasuke — odparł oschle. — Szukam sfory.
 W myślach powtórzyłem jego słowa. Szuka sfory, a ja stoję przed nim. Przywódca sfory.
 — A ty? — zwróciłem się do siedzącej suki.
 — Marshmellow. Spotkałam go na swojej drodze.
 Dwójka nieznanych mi psów na moim terenie. To albo wróżyło nieszczęście albo szczęście. Albo im zaufamy, a oni nas zdradzą, albo zostaną, wierni sforze.
 — Malcolm, przywódca Kingdom of Dogs — przedstawiłem się. — Jest późno, nie uważacie, że powinniście znaleźć schronienie, chociaż na noc?
 — Sugerujesz, że powinnam spać z nim? Nie. Nie ma takiej potrzeby.
 — Nic takiego nie mówiłem. Idziecie ze mną, dostaniecie coś do jedzenia i komnaty na noc. Rano zdecydujecie co zrobicie dalej.
Marshmellow?

Od Sasuke'a cd. Marshmellow(do Malcolma)

- Nie proszę Cię o pomoc. Ale skoro Ty nie masz gdzie iść to chodź ze mną. - odparł pies. 
- Stan pacjenta jest stabilny. Nie żyje... - charknęła suczka pod nosem. 
- Słucham? 
- Nie mów "słucham" bo Cię wyr*cham... - rzuciła. 
Sasuke uniósł kąciki pyska. 
- Nie trzeba, życie już mnie wypieprzyło na lewo i prawo. - po chwili zapytał. - To jak? Idziesz ze mną? 
Zawahała się, było to mocno widoczne, wyglądała na bardzo zdezorientowaną i niepewną.
- Pójdę. - Westchnęła, a pies odpowiedział jej kiwnięciem głową. Sam wyprzedził ją i ruszył w stronę gdzie wskazała wcześniej. 
- Tak w ogóle. To po co szukasz tej sfory? Możesz przecież dalej podróżować sam. 
- Muszę zebrać siły na ostateczne starcie z pewnym psem. - odparł szczerze.
Wiatr rozwiał sierści psów. Do wyznaczonego miejsca było dość daleko. 
- Skąd jesteś? - zapytał. 
- To nie jest ważne. 
- Rozumiem. 
Wtem do nosa psa wpadł mocny zapach samca. 
- Niedawno tu był pies. - odparł spokojnie. - Ma silny zapach, musi to być przywódca tego stada. 
- Co w takim razie robi daleko od swoich terenów?
- Może poszerzają je. Czemu nie mieli by zagarnąć terenów, które są niczyje? Sfory rosną w siłę od kiedy te większe się rozpadły... 
- O czym mówisz? 
- Nie słyszałaś? Rozpadły się dwie największe sfory, głównie przez zaniedbywanie przez swoich przywódców... Ja jestem z takiej sfory. 
- Pies jest na dziesiątej. - urwała nagle Marshmellow. 
- Nie chcemy prowokować walki! Kim jesteś? - zawołał Sasuke. 

<Malcolm?>

Od Marshmellow cd. Sasuke'a

Spuściłam lekko łeb i uszy bezradnie skierowałam ku tyłowi, wyglądałam jak prawdziwy przybity pies. W żołądku mnie lekko ścisnęło, poczułam pieprzoną bezradność, smutek i przygnębienie. Szczęście w nieszczęściu szybko wróciłam do swojej skóry, wyprostowałam się dumnie i lekko chrząknęłam, zabrzmiało to prawie jakbym miała pomylić się w zdaniu, albo w życiu. 
- Przed siebie. - Odpowiedziałam PRAWIE pewna siebie. - W życiu najważniejsze to nie cofać się... Tak? - Dodałam lekko niepewna tego co mówię, lecz w moim tonie starałam się zachować powagę i pewność. 
Pies nie drgnął. Dalej obserwował mnie u ważnie. Dopiero po chwili odpowiedział.
- Z przyszłości należy wyciągać wnioski, więc spojrzeć nie zaszkodzi.
Obróciłam się do psa i uniosłam charakterystycznie ku górze jedną brew. 
- Nie znasz mnie, nie mów tak. - Ucięłam krótko i chłodno. 
- Nikt tu nie mówi o tobie - zaśmiał się Sasuke. - Mówię ogólnie, ale skoro chcesz mówić o sobie, to może lepiej się poznamy?
Na jego słowa prawie się zakrztusiłam własną silną. Zawahałam się i zdezorientowałam. 
- Okej, jasne.. Czemu nie. - Zironizowałam lekko. - A tak poważnie to... Nie śpieszy ci się gdzieś? Nie zmierzasz gdzieś? Pierwszy raz spotykam psa, który miałby czas na poznawanie się. 
Kąciki psa lekko się uniosły. 
- Szukam sfory. - odparł po prostu.
- Sfory? - Zdziwiłam się i podeszłam jeszcze bliżej. 
- Miejsca w którym mogę zamieszkać. - w jego głosie wyraźnie zabrzmiała nutka znudzenia.
- Nie zaprowadzę cie do niej, nie mam pojęcia gdzie jest. - Westchnęłam. - Ale tam, w stronę księżyca czuć wyraźnie, że teren penetrowało więcej niż 8 łap. 
<Sasuke?>

Od Malcolma cd. Suzaan

 Rozejrzałem się dumny po całej sali. Każdy coś robił, a to przesuwał, a to stawiał. Szykowaliśmy wszystko na jutrzejszą biesiadę. Dziś było późno, jednak warto było poustawiać między innymi stoły, krzesła, aby jutro było to już z głowy. Na szczęście udało mi się uciec przed nimi, zanim wsadzili mnie do warczącego pojazdu, a przed tym do klatki. Nie miałem zamiaru zostawiać moich przyjaciół, gdy miałem okazję uciec. Myślicie, że bym ją zmarnował? Taka opcja nie wchodziła w grę. Wróciłem do nich, do mojej rodziny. Stojąc obok Suz poczułem, jakie to dla mnie ważne. Gdyby nie oni, pewnie nadal błąkałbym się po tych terenach, czekając na zbawienie. Dobrze się stało, bardzo dobrze.
 Wszystko było ustawione, dziś wszyscy nocowali w zamku, aby stawić się na posiłek o odpowiedniej porze, czyli równo w południe. Każdy zyskał na jedną noc własną komnatę, gdzie mógł się w spokoju wyszykować. I ja wróciłem do siebie, zmęczenie dawało we znaki, dlatego bez zbędnych czynności udałem się spać, chociaż dzisiaj chciałem się wyspać, co było rzadkością, ponieważ zazwyczaj kładłem się po północy, jak nie później, a wstawałem o siódmej. Zegar wskazywał dwudziestą drugą, zasnąłem.
 Uśmiechnięta postać kroczyła przez pola. Szła w moją stronę. Czy planowała coś złego? Zamknąłem oczy, bo tak mi kazała. Usiadłem, bo tak mi kazała. Teraz miałem otworzyć oczy, rozpłynęła się. Złudzenie.
 Otrząsnąłem się. Rozejrzałem niespokojnie po komnacie. Chyba wszystko było w porządku. Dziś czekał mnie obiad, a następnie zabawa. Czy ten sen miał coś znaczyć? Krótki, ale z sensem. Wątpiłem, że dotyczy dzisiejszego wydarzenia. Próbując o tym zapomnieć, zacząłem szykować się do wyjścia z komnaty, bo było dosyć późno, po dziesiątej, a trzeba było jeszcze postawić wszystkie potrawy, a ugotowaniem ich zajęły się nasze sunie, za co byłem im dozgonnie wdzięczny, bo chyba pamiętamy co ja upichciłem ostatniej wigilii. Spotkałem Sasuke'a, który towarzyszył mi aż do sali. Tam zastaliśmy zapracowane suczki. Wszystko było idealne.

Suzaan? Wybacz za powalającą długość, jednak wątek musi się szybciej rozwijać, prawda?

Od Suzaan cd. Malcolma

Byłam przerażona. Biegłam. Byłam zdezorientowana. Pędziłam. Byłam zdruzgotana. Szukałam.
Szukałam każdego wzrokiem. Wzrokiem zamazanym. Łzy same napływały mi do oczu, ignorowały moje błaganie, by przestały. Miałam ochotę się wydrzeć, zatrzymać się w czasie. Nie może się stać najgorsze, nie może. Jako pierwszy cel wyznaczyłam sobie wszystkie domki. Darłam się przy każdych drzwiach. Wreszcie odnalazłam jedną żywą istotę, która po usłyszeniu mego głosu, wybiegła ze swojego mieszkanka i popędziła do zamku. Małych budynków zabrakło, odnalazłam tylko jedną osobę. Nie rezygnowałam. Nie mogłam. Ruszyłam w kierunku mieszczącego się niedaleko Jeziora Maison. Było ciemno, co normalne o północy. Nie widziałam nikogo, dopóki nie zauważyłam pary psów panikujących przy brzegu. Gdy się zbliżyłam, zauważyłam ich mordki. Stało się to dopiero wtedy, gdyż księżyc odbijający się w wodzie oświetlał nieco teren. Im również rozkazałam jak najszybciej mknąć do siedziby alfy. Oprócz ich usłyszała mnie też Rosebud, wpatrująca się we mnie z przerażeniem. Po chwili jednak zaczęła gnać za Husi i Kimble'em. Pobiegłam dalej. Tym razem jednak z głośnym krzykiem. To pomogło, bo zza krzaków wyszli najświeżsi członkowie Kingdom of Dogs. Po wymienieniu się wzrokiem ruszyli w kierunku zamczyska.
- Raz... dwa, trzy... cztery, pięć i sześć... ile ich do cholery jest?! - wyszeptałam do siebie poirytowana. Kompletnie nie wiedziałam, czy ktokolwiek jeszcze gdzieś się chowa, czy już wszyscy znajdują się w wyznaczonym przez Malcolma zamku. Nie mogę go zawieść. Nie mogę ich wszystkich zawieść. Powiedział wyraźnie, że nie ma innej możliwości, niż sprowadzenie w s z y s t k i c h. Ja natomiast nie wiem, czy ci wszyscy już przeze mnie zostali odnalezieni. Łzy ponownie zaczęły mi zlatywać po polikach. - Suzaan, proszę cię, ogarnij się. - syczałam do siebie, zaciskając mocno szczękę. Rozglądałam się dookoła, próbując spostrzec jakąś sylwetkę. To jednak na nic. Nie mogę go zawieść. Nie mogę ich wszystkich zawieść. Powtarzałam to sobie cały czas. Jeśli zginą, to będzie moja wina. Bo nie dopilnowałam, by znaleźli się w bezpiecznym miejscu. Bo zrezygnowałam. Bo odpuściłam. Wzięłam głęboki wdech i pędem ruszyłam przed siebie. Chyba nigdy wcześniej tak szybko nie biegłam. Moje łapy zaczęły stąpać po leśnej ściółce. Każdą przeszkodę, strojącą mi na drodze omijałam bez problemu. Skupiłam się na drodze, ale nie tylko. Musiałam pamiętać o najważniejszym. O odnalezieniu pozostałych. Pomimo tego, że nawet nie mam pewności, czy ci pozostali jeszcze istnieją, nie mam zamiaru teraz wracać do siedziby alf. Muszę ich zobaczyć. Muszę im powiedzieć. Muszę z nimi wrócić.
Byłam przerażona. Biegłam. Byłam zdezorientowana. Pędziłam. Byłam zdruzgotana. Szukałam.
Wreszcie się udało, wreszcie ich mam. Boże, Leon, jak ja mogłam o tobie zapomnieć. Tak samo o tobie, nieznany mi na razie osobniku. Powiedziałam tylko "Chodźmy" i równym krokiem ruszyliśmy w stronę zamku. Tam czekała już na nas cała reszta. Siedzieli w jednym kącie, w sali balowej. Rozejrzałam się w milczeniu. Nikt nic nie mówił. Każdy był przerażony zaistniałą sytuacją. Podbiegłam do ogromnych okien, przez które miałam widok na tereny sfory. Miałam nadzieję, iż zaraz ujrzę Malcolma, jednak czekać musiałam długo. Wszyscy cały czas w bezruchu, tak samo ja. Łzy mi już nie spływały, jedynie łapy ciągle drżały. Parapet był lodowaty, natomiast nie zamierzałam z niego złazić. Sekunda po sekundzie, Minuta po minucie. Czas leciał, ale nadzieja nie opuszczała. On wróci. Spokojnie.
Nagle usłyszałam huk, a bardziej skrzypienie. W pomieszczeniu nie było żadnych drewnianych mebli, dlatego wskazywało na jedno. Ktoś otworzył drzwi. Jako pierwsza popędziłam do wejścia, za mną cała gromadka członków sfory. Stanęłam tuż przed nim. Przed Malcolmem. Bez wahania rzuciłam mu się na szyję, cały czas milcząc. Nie płakałam. Tym razem, kiedy swobodnie mogłabym się rozryczeć, tego nie robiłam. Co się ze mną dzieje?
- Witaj, Suzaan. Witajcie wszyscy! - przywitał się dumnie, oddychając ciężko. Puściłam go, niech odetchnie.
- Zrobili ci coś? - zapytałam zatroskana, naprawdę się bałam. Przecież to są ludzie, najbardziej nieprzewidywalne istoty, jakie kiedykolwiek w życiu poznałam.
- Nie. Odpuścili. - odpowiedział cicho, wpatrując się we mnie. Zmarszczyłam brwi, tego się nie spodziewałam. Mimo wszystko, uszczęśliwiłam się, bo do tego powód mam. - Sfora jest bezpieczna, udało nam się! - rzekł donośnym, ale radosnym głosem, spoglądając na wszystkich. Przez to, że tak zaakcentował przedostatnie słowo swojej wypowiedzi, w zamku zapanowała ogromna euforia. Niektórzy wyli ze szczęścia, inni płakali, pozostali po prostu się uśmiechali. Tak jak ja. Unosząc wysoko kąciki ust, wpatrywałam się w strojącego obok samca. On po chwili również odwrócił na mnie wzrok.
- Co powiesz na uczczenie zwycięstwa? - zapytałam ciepłym głosem, przygryzając dolną wargę.
- Jestem za. - zaśmiał się. Był wesoły. Jak alfa jest wesoły, cała sfora także. 

Malcolm?