18 marca 2018

Od Cherryvine

Nie mogłam zasnąć. Kręciłam się w łóżku jakbym miała jakieś ADHD. Gdybym miała w szafce jakieś leki nasenne, od razu bym je wzięła. Musiałam sobie poradzić bez. Leżałam tak, wpatrując się w sufit, dopóki zza drzwi nie dobiegło mnie pukanie. Przekręciłam powoli głowę w stronę drzwi, aby lepiej usłyszeć dźwięk. Następnie zapanowała cisza. Spojrzałam się na szparę pod drzwiami. Na korytarzu również było ciemno, więc może się przesłyszałam? [...] PUK, PUK. Ścisnęłam kołdrę w łapie, i przybrałam poważną minę. Wzięłam głęboki wdech. Wstałam, i ruszyłam w stronę drzwi. Stanęłam przed nimi, a gdy tylko usłyszałam pukanie, chwyciłam w zęby sztylet i otworzyłam drzwi. Stałam przerażona, wbita centralnie w podłogę. Po drugiej stronie, nie było nikogo. W ogóle, zero. Uniosłam brew w górę, i zapaliłam włącznik światła. Coś się chyba zepsuło, bo nadal było ciemno. Machnęłam ramionami i wyszłam na korytarz. Ruszyłam w stronę tamtego włącznika, idąc praktycznie po omacku. W pewnym momencie, znalazłam coś twardego. Wcisnęłam to, jednak nie zapaliło się światło. Przede mną stała ogromna bestia, z wielką otwartą gębą i czerwonymi ślepiami. Przez chwilę stałam jak głupia. Zaczęłam uciekać przed siebie, aby tylko trafić do pokoju, zamknąć się tam i schować. Biegłam dopóki nie walnęłam w ścianę, i natychmiastowo obudziłam się w swoim pokoju. Wrzasnęłam na cały głos, jednak ogarnęłam że jestem już u siebie, a tamten potwór, to był jedynie głupi sen. 

Od Cherryvine






Zima jednak ma swoje uroki, przyznam. Chodź jest strasznie zimno, i niemalże nie da się wytrzymać na tym mrozie 10 minut, patrząc na to wszystko zza okna można się zakochać. Obserwowałam właśnie psy przechadzające się pod hotelem, w jednej łapie trzymając ciastko a w drugiej kubek herbaty. Opierałam się łokciem o parapet, i przyglądałam się jednej parze. Niby wyglądali słodko, ale mnie tam takie rzeczy nie kręcą. Miłość jest dla słabych.
- CZEŚĆ CHERRY JAK SIĘ DZIŚ CZUJESZ? - usłyszałam wrzask, po czym od razu podskoczyłam przerażona i wylałam na siebie herbatę. Zmierzyłam Tommena wzrokiem, bo kto inny by mnie nawiedzał? Muszę sobie znaleźć znajomych, szybko, zanim będę musiała nazywać tego wypłosza swoim jedynym przyjacielem.
- ZAJEBIŚCIE WŁAŚNIE WYLAŁAM HERBATĘ. - odkrzyknęłam mu, uśmiechając się sztucznie. Przewróciłam oczami i ruszyłam w stronę kuchni, gdzie zamierzałam odstawić kubek. Nagle tuż przede mną wyrósł owczarek. Uniosłam brew w górę, mierząc go zdenerwowanym spojrzeniem.
- CIESZĘ SIĘ ŻE SIĘ TU ZAKLIMATYZOWAŁAŚ. - uśmiechnął się krzywo, wpatrując się we mnie. Nie musiałam go o to pytać, bo wystarczyło mi spojrzeć w jego brązowe oczka a już wiedziałam, że znowu jest na prochach.
- W KAŻDEJ CHWILI MOGĘ SIĘ WYPROWADZIĆ. - zaśmiałam się głośno, prosto w jego pysk i ominęłam go stawiając kubek na ladzie.
- W KAŻDEJ CHWILI MOGĘ CI WBIĆ WIDELEC W OKO I NIGDZIE NIE PÓJDZIESZ. - powiedział.
- W KAŻDEJ CHWILI MOGĘ SKRĘCIĆ CI KARK, SŁONKO. - warknęłam, siadając na kanapie. - MOŻEMY JUŻ NIE KRZYCZEĆ.
- OK. - odparł siadając obok mnie z jakąś książeczką. - Patrz, znalazłem to tuż przed twoimi drzwiami.
Przyjrzałam się bliżej.
- Teletubisie? Błagam, skąd to wytrzasnąłeś? - przewróciłam oczami. - Przyznaj się.
- No na prawdę, miałaś to centralnie przy drzwiach. - spojrzał na mnie, prawie wybuchając śmiechem, za co dostał po głowie. Nie wiem co tam robiły te teletubisie, ale jestem pewna na sto procent że Tommen przyłożył do tego swoją łapę.

Od Cherryvine cz.3

Miałam przed sobą martwe ciało popielatego basiora. Wymieniłam się spojrzeniem razem z tym, który stał niczym słup soli, wpatrzony w mój sztylet który trzymałam w zębach. Cały zakrwawiony, z którego wciąż kapała gęsta, lepka, czerwona niczym wino ciecz. 
- Jakby tu potraktować ciebie? - udawałam, że się zastanawiam. - Najpierw odciąć narząd płciowy, czy może wbić sztylecik w te cudowne szaro-zielone oczka? 
- Zapłacisz za to. - warknął, cofając się w tył. Próbował mi uciec? O nie, ma chyba zbyt bujną wyobraźnię. Puściłam mu oko, po czym przeszłam nad zdechłym wilkiem. 
- Zagrajmy w grę, dobrze? - usiadłam, i machnęłam ogonem zamiatając piach. - Pozwolę ci uciec, wybiec z poza terenów naszej sfory. Podczas tego gdy ty będziesz biegł, ja będę rzucała w ciebie moimi malutkimi narzędziami tortur. Jeśli przeżyjesz, to będziesz żył. Zgadzasz się? Dziękuję. Już, biegnij. - wyszczerzyłam ząbki, po czym chwyciłam za mój naostrzony kamień, w kształcie shurikena. Wilk posłusznie ruszył w swoją stronę, a ja wzięłam pierwszy zamach. Odczekałam chwilę, po czym rzuciłam. Pudło. Przeleciało za daleko. Ponownie, dałam mu chwilę na oddalenie się. Tym razem ja podeszłam kawałek, i z większym rozmachem rzuciłam kamień. Nagle, krzaki przestały pękać, a w lesie nastała cisza. Czyżbym trafiła? Hah, będę pod wrażeniem jeśli to się uda. Ruszyłam za nim lekkim truchtem, z wielkim uśmiechem na pysku. Byłam przygotowana na widok martwego wilka z kamieniem wbitym w tył głowy. O dziwo! Nie spodziewałam się takiego obrotu tej sprawy. 
- Proszę, oszczędź mnie. - błagał, leżąc na prawym boku. Ha! Kamień wbił mu się prosto w dupę! Byłam z siebie dumna. Bardzo dumna. Niezłego mam cela. 
- Skarbie, chciałabym, ale naruszyłeś prawa panujące tutaj, zaatakowałeś mnie na mojej ziemi, czyli złamałeś już dwie panujące tu zasady. - powiedziałam z powagą w głosie, po czym zadałam mu ostateczny cios, wbijając zęby w szyję. 


Koniec.

Od Cherryvine cz.2

Skok, unik, uderzenie, parowanie*. Czynności te powtarzałam do znudzenia na moich treningach, więc właściwie już teraz robiłam to nieświadomie. Gdy jeden atakował, usiłowałam zmylić ich unikiem tak aby wpadli sami na siebie jednak nie było to tak proste jak myślałam. Byli inteligentni i pojętni, jak na wilki. Nie dawali mi odetchnąć, bo atakowali po kolei. Kiedy jednemu się nie udało, drugi zadawał cios. Czułam się bezsilna, po kilku odpartych atakach. Udało mi się zranić jednego z nich moim sztyletem, lecz to i tak za mało. W pewnym momencie poczułam mocne uderzenie w brzuch. Upadłam na glebę całkiem zdezorientowana, czułam się jak jakaś mała słaba dziewczynka. 
- Nie rób sobie żmudnej nadziei złotko, i tak tu zginiesz. Najpierw cię zerżniemy, a potem zedrzemy tą ładną skórkę. - odezwał się jeden. Uniosłam głowę, przecierając krwawiący nos. Zmierzyłam go spojrzeniem. Wstałam, i obróciłam kilka razy sztylet w łapie. 
- Nie byłabym tego taka pewna. - warknęłam, uśmiechając się kąśliwie, po czym chwyciłam broń w pysk i ruszyłam w ich stronę. Gdy zamierzał kłapnąć zębami w moją stronę, odskoczyłam i wykorzystałam drzewo znajdujące się obok aby przeskoczyć obok niego i znaleźć się z tyłu. Złapałam go jedną łapą za głowę, a drugą przystawiłam brzytwę do gardełka. Nie odważył się nawet unieść łapy w górę. Jego przyjaciel stał na wprost, obserwując mnie z niedowierzaniem. Wytarłam o basiora krew, która ciekła mi uporczywie z nosa. 
- Zarżnąć, to mogę ja ciebie, i to właśnie tym sztylecikiem, słoneczko. - szepnęłam mu do ucha, uśmiechając się jak psychopatka. Po czym przysunęłam sztylet, i przeciągnęłam nim bardzo powoli po jego gardle. Nie słychać było krzyków, tylko jakiś głuchy jęk, po którym zapadła totalna cisza. 


C.D.N


Od Cherryvine cz. 1

Obserwowałam go z cienia. Już od dłuższego czasu tu leżał, i czekał. Nie byłam pewna na co, jednak czekał. Kryłam się w krzakach z myślą, że pozostanę niezauważona do końca mojej misji. Suzaan przysłała mnie na mały patrol, bo wciąż dochodziły do niej pogłoski o wielkim, rudym wilku szwendającym się po granicach sfory. Jako że brakowało strażników, my - mordercy i wojownicy, zostaliśmy chwilowo zatrudnieni również i na to stanowisko. Piastowałam więc dwa stanowiska - morderczyni i strażnika. Rudy basior nie wyglądał na potencjalne zagrożenie dla mnie. Może i był wyższy i znacznie lepiej zbudowany, jednak po wielu innych rzeczach dało się stwierdzić, że to stary wilk. Lecz w pewnym momencie się podniósł, a jego głowa powędrowała w moją stronę. Zmierzył miejsce w którym siedziałam swoim pustym spojrzeniem, po czym westchnął. 
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć. Stojąc w tym miejscu, wiatr wieje w twoją stronę a zapach dociera do mnie. Błąd. Wielki, błąd. - warknął, a włosy na moim karku natychmiastowo się zjeżyły. Uniosłam się z ziemi, szykując się do wybicia. Błysk w oku basiora sprowokował mnie do śmiałego ataku. Wyskoczyłam w górę, przelatując nad krzakami. Nie doleciałabym do basiora, więc kątem oka zauważając kamień odbiłam się od niego i z impetem uderzyłam samca swoim barkiem. Przeturlał się kilka metrów, po czym wbijając pazury w ziemię zatrzymał się. Stałam na równych nogach, w żadnym wypadku nie zdziwiona jego umiejętnościami. To była jedynie efektowna próba zatrzymania się. 
- Myślisz że jestem na tyle głupi, aby dawać się zamordować? O nie, co to to nie. - uśmiechnął się podle. 
- Sądzisz że nie wiedziałam że to pułapka, a tam w tych krzakach - wskazałam łapą na gęstwinę. - na pewno nie ma twoich dziesięciu kolegów? 
- Niby taka mądra, ale też nie do końca. - puścił mi oczko, szarżując w moją stronę. Odskoczyłam sprawnie, lecz poczułam uderzenie od lewej strony. Chwyciłam za mój sztylet i obróciłam się dookoła, kalkulując sytuację. Było ich dwóch. Obaj krzywo się uśmiechali, licząc na moją przegraną. Ale nie, nie dam się od tak zabić. 



C.D.N

17 marca 2018

Od Husniye - "Wesele i seria niefortunnych zdarzeń" [3/3]

Tak. To już dzisiaj. Ślub Ate i Ray'a. Teraz. Właśnie ubierałam się w sukienkę. Sukienkę dla druhen. Moja była specjalnie powiększana ze względu na brzuch. Była ładna. Pudrowo różowa. Mówili, że będzie pasować do wystroju miejsca gdzie będą brać ślub. To dobrze. Chyba. Kimble też był zaproszony. Jak cała sfora. Tyle, że ja byłam druhną, a on normalnym gościem, więc musiał siedzieć sam. Dostałam kwiaty, które miałam trzymać. Ceremonia. Piękna ceremonia. Księdzem był jakiś pies z innej sfory. Pojawił się dzisiaj rano w sforze i bez wahania stwierdził, że będzie księdzem. Nikt mu nic nie mówił o ślubie. Trochę dziwnie, ale się sprawował. Miejsce, gdzie Ate i Ray brali ślub było piękne. Trawa zielona jak nigdy. Naprawdę wam powiem, że nigdy w swoim życiu nie widziałam trawy o tak pięknym odcieniu. Była taka soczysta. Jak kwaśne jabłko, jak łodygi tulipana, jak woda w ściekach... Nie. Bez tego Ostatniego. Po prostu piękna trawa. Kawałek dalej za łukiem ślubnym był piasek. Jego odcień można było porównać do sierści Suzaan, naszej alfy, która chyba niedługo już nią nie będzie.  Nie był mocny jak słońce. Słońce jest oczojebne. A piasek był przyjemny. Aż chciało się na niego patrzeć. Piasek nie wziął się znikąd, bo pięć metrów dalej była woda. Była taka czysta, że można było przez nią zobaczyć ziemię, a raczej piasek. Było widać wszystkie muszelki, rybki i wszystko zo w tej wodzie było. Ale jak się pochyliło, to stawała się tak niebieska, że zlewała się z niebem. Widok nieziemski. Jak ogromne wgłębienie w ziemi. Ale to jest widok, krajobraz. A dobrze byłoby opisać elementy potrzebne do ceremonii. Biały, ślubny kobierzec na którym leżały pudrowo różowe i białe kwiaty. Mini altanka, którą z przyczajenia nazywałam łukiem weselnym miała górę przyozdobioną również kwiatami, tylko też takimi o ciemniejszych odcieniach.  Falbany z materiału też wisiały tu i tam. Były ławki i dużo kwiatów. Bardzo dużo kwiatów. Zaczęło się. Sypanie kwiatków... No i mieli przynieść obrączki. Ale nikt nie przyszedł. Dobra, przyszedł, ale na około. Tyłem i powiedział, że obrączki się zgubiły. Jakaś miła para postanowiła użyczyć swoich. Sprawa została wyjaśniona. Przysięga... No po prostu pięknie. Tak jak na ślubie powinno być. Wesele. Czas na tort! Ja odpuściłam sobie jedzenia go. Jakość do mnie nie przemawiał. Wolałam kebsa. Ale nie mówcie Ate. Już para młoda miała ukroić pierwszy kawałek... Ale Ray się poślizgnął i wylądował w torcie. Od razu wybiegł z ogrodu i zapewne wrócił do miejsca, gdzie przysiągł Ate wieczną miłość, aby się obmyć. Kiedy już wrócił, wszyscy zastanawiali się gdzie jest DJ. Nikt nic nie wiedział. Zaczęłam szukać wzrokiem Kimble'a, aby po prostu z nim pogadać. Po krótkiej pogawędce, okazało się, że niedawno go badał i, że jest przeziębiony. Nie było DJ. Na szczęście poratował nas sforowy wokalista. Akira. Śpiewał na weselu. Nadszedł czas na tańczenie. Oczywiście moim partnerem był Kimble. No i kolejne nieszczęście tego dnia. Wszyscy sobie fajnie tańczyli nie, a tu nagle Ate potknęła się o suknie i niefortunnie upadła. Kimble musiał interweniować. Okazało się, że złamała łapę. Jej życzeniem było, abyśmy kontynuowali wesele. I się stało. Kolejne. Tommen właśnie sprzątał po malowaniu portretu ślubnego.  Ochlapał zieloną farbą swojego brata, Ray'a. Tak minął ten ślub i wesele. Ale mimo tego, było wspaniale.

Koniec.

Od Husniye - "Wesele i seria niefortunnych zdarzeń" [2/3]

Udało się. Sukienka była bialutka jak wcześniej. Miałam umówioną kolejną wizytę u ginekologa. Bałam się o tego szczeniaka jednego. Moja nadzieja stopniowo wygasała. Ono może nie przeżyć. A wizyta miała tylko to potwierdzić. Lekarz zrobił USG. No i już wiadome było, że ten jeden nie przeżyje. Za nic. Dodatkowo okazało się, że jak jeszcze walczył, zaczął wchłaniać swoją siostrę. Ma nikłe szanse na przeżycie. Już nic nie mówiąc o tym pierwszym. Potem dostałam zlecenie od Suzaan, pomóc Hope w dekorowaniu miejsca na wesele. Ślub jest brany w pewnym miejscu, ale nie wiem jak wygląda. Ma być to jedna wielka niespodzianka. W każdym razie. Miałyśmy przygotować ogród przy kościele, gdzie owe wesele miało się odbyć. Moim zadaniem było ogarnąć obrusy i je wyprasować. Obrusy wzięłam od kucharek. Może i były to bardziej ceraty... Nie. Z drugiej strony wyglądały jak obrusy. Więc było dobrze. Tylko problemem nie było to, że ich prawdziwa to była cerata z meszkiem, a to, że były upchnięte w róg, nawet nie złożone. Więc miałam żelazko. Przy okazji piekłam im ciasto... Dostałam przenośny piekarnik, również od kucharek. No miałam łapy pełne roboty. Tort trzy piętrowy, królewski, posypany wiórkami. Ale do nie należało go przyozdabiać. Tylko sprawić, aby przypominał coś, co można ozdobić. Prasowałam właśnie czwartą ceratę. Przypomniało mi się ciasto. Tort królewski był w lodówce. Ale miałam jeszcze upiec szarlotkę. Poczułam dym. Popędziłam do mini piekarnika. Spaliłam ciasto. Drugi najważniejszy tort na weselu. Spaliłam*. Jest całe czarne. Czarne jak węgielek. Zaczęłam je ratować. Nic to nie dało. Zabrałam się za robienie nowego. Wsadzałam już tonowe do piekarnika. Poczułam kolejny dym. Zajrzałam do piekarnika. Z ciastem wszystko było okej. Po kilku sekundach mnie oświeciło. Żelazko. Fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak, fak. FUCK. Pożar. Wybiegłam z pokoju i chwyciłam gaśnicę. Udało mi się go ugasić. Ale z każdej ceraty została tylko kupka popiołu**. Po prostu świetnie. Wybiegłam z hotelu i odnalazłam Asha. Pobiegliśmy do naszej "bryczki". Zawiózł mnie do miasteczka. Chwyciłam szybko w pysk pierwsze lepsze białe obrusy i uciekłam ze sklepu. Obrusy były, no i już nie były to ceraty. Wróciłam do sfory, a potem Ash zawiózł mnie jeszcze do ogrodu gdzie miałam dostarczyć obrusy. Oddałam je. Potem wróciłam się jeszcze po ciasta. Ash wiózł piekarnik, a ja mini lodówkę. Pomogłam jeszcze Hope w wkładaniu kwiatów do wazonów. Wesele tuż tuż. Bo już jutro. A jest wieczór. Późny wieczór.

CDN.

* - pierwsza katastrofa
** - druga katastrofa

16 marca 2018

Od Lei

Dzień jak dzień. Najpierw spałam, a potem, w nocy naprawdę żyłam. Było normalnie. Standardowo. Tak jak codziennie. Nic nie wskazywało na to, aby coś się wydarzyło. Naprawdę, uwierzcie mi, wszystko było wspaniale. Pięknie. Wręcz zaj*biście. Dostałam świetne zlecenie. Wynagrodzenie to było osiemset monet, jako zaliczkę już czterysta dostałam. Oczywiście miałam poturbować, po torturować i ostatecznie zabić pewnego psa. Pies ten nie był jakoś bardzo... Silny czy coś. Ale za to znany był, ze swojego sprytu. Nie przejęłam się tym. Pies miał na imię Eldorado. Z tego, zo udało mi się wyczytać z kartki, był psem rasy welsh corgi cardigan. Właśnie. Zapomniałam wspomnieć. Oczywiście, że przyjęłam zlecenie. Sama zabić go nie chciałam. Poturbowałabym i zostawiła. Mógłby jeszcze przeżyć. Więc tak naprawdę, to ja bym tego morderstwem nie nazwała. No ale kto by nie przyjął. Osiemset monet. No błagam. Nawet moja siostra Rosalie by spróbowała. Dostałam też adres jego zamieszkania. Miałam go zaskoczyć, bo jakbym normalnie zapukała, to by zdążył normalnie obmyślić plan. I naprawdę było świetnie. Nawet udało mi się go porwać. Ale skurczybyk zapuszczał paznokcie. No i wiecie co? Przeciął linę paznokciem, i kiedy ja się odwróciłam, spie*dolił uciekając z moimi pieniędzmi. Już trudno. Nie goniłam go. Sama wróciłam do domu, zacierając ślady, aby ten, kto dał mi zlecenie mnie nie znalazł. W domu, zapomniałam o zdarzeniu, normalnie idąc spać.

Od Husniye - "Wesele i seria niefortunnych zdarzeń" [1/3]

*akcja po spotkaniu Asha*

Ciąża mnie znacznie pobudziła. Znacznie znacznie. Prawdę mówię! Prawie co chwilę latam po psach i pytam się o przykładowe imiona dla szczeniaków. Mam już dwadzieścia imion, a szkrabów tylko szóstka. Maraudia, Bueno, Dameron, Rydal, Mackynsie, Aenye, Lilian, Hamilton, Robin, Oscar, Sindy... No dużo tego. A to nie wszystkie! W sforze dobrze się dzieje. Moja ciąża, pomijając fakt, że to są dzieci KImble'a, ale moje też. A ja nie zamierzam się załamywać s powodu tego, że będę mieć potomstwo. Dogadaliśmy się? Owszem. Więc temat zamknięty, udajemy świetną parę. To jeszcze ślub Rayvonne'a i Ate! Zaczęłam piszczeć kiedy tylko dowiedziałam się od Suzaan. Jutro miałyśmy się spotkać w jej komnacie. Pomyślałam, że pewnie poproszą mnie o zrobienie wianka, więc na zapas postanowiłam zrobić dwa, bialutkie. Po skończonej pracy, poszłam spać. Ot tak. Było już późno. Śniłam o idealnym ich ślubie. Popędziłam do Ate. A dokładniej to razem z Suzaan popędziłam do Ate. Była już tam Roxy.
- Dobra, każda dostanie jakieś zadanie. Myślałam już nad tym. Co myślicie, aby Husi zrobiła wianek, chyba widziałyście jakie dzieła ona tworzy, Ja zajmę się suknią, a Roxy jako najlepsza przyjaciółka Ate rzeczami typu jakie kwiaty mają być na ślubie. Co powiecie na taki plan?- powiedziała Suzaan. Ja przytaknęłam z bananem na pysku. Roxy przytaknęła, a Ate wyglądała jakby była zupełnie w innym świecie. Byłam przygotowana na to, więc wróciłam się do komnaty, aby sprawdzić jak tam wianek. I w tym momencie się zirytowałam. Nie wsadziłam wianków do wody*. Więc się wysuszyły. Były kruche jak... Jak... Jak... Bagietka którą miałam w szufladzie jak przeprowadziliśmy się do Cascadas! Była zielona i tak krucha, że jak tylko ją dotknęłam aby ją wyrzucić stała się zielonymi okruchami na mojej podłodze. Wybiegłam na dwór i zaczęłam białe kwiatki. Kiedy na kupce leżała wystarczająca ilość, zabrałam się do zaplatania. Problem był taki. Sześć kulek, to jednak sześć kulek. Nie dwie, nie trzy. Sześć kulek. A ja za pięć dni rodzę. Więc mój brzuch przypomina piłkę. A ja zazwyczaj jak pisałam, skulałam się, aby lepiej widzieć co robię łapami. Teraz wyglądałam jak ktoś gruby kto próbuję zrobić skłon. Zaprzestałam i zabrałam kwiatki do pokoju. Tam usiadłam przy stoliku i zaczęłam pleść. Obyło się bez zginania się jak ślimak czy dżdżownica. Wianek był gotowy. Gotowy, gotowy, gotowy. Zaniosłam go skończonego Suzaan i poleciłam jej wsadzić go do wody. Wróciłam do pokoju i poszłam spać. Może i był środek dnia, ale mi się chciało spać. To spałam. A obudziłam się tak gdzieś o szesnastej. Dostałam kolejne zadanie. Pomóc Suzaan i Ate w wybieraniu sukienki. Naszym celem było miasteczko. Pierwszy psi dom mody. No było trochę przymierzania. Ale się udało! Ate wybrała. Tę jedyną. Tą piękną. Wspaniałą. Suzaan zapłaciła. Kiedy już miałyśmy wychodzić, pomyślałyśmy, że dobrze by było mieć do niej jakieś opakowanie. Aby się nie nie ubrudziła. No ale nie mieli. Więc ruszyłyśmy do Asha, który swoją drogą nas tu zaciągnął. Tak. Wykombinowałyśmy dla niego mini bryczkę i nas ciągnął. Podziwiam go. Bo jeszcze sama ja, to pół biedy, ale trzy suki, jedna ciężarna i to jeszcze sukienka? Żal mi go. Zrobiliśmy postój. Pierwsze wysiadłam ja. Trzymałam sukienkę, aby się nie pogniotła, jak wychodziła Ate. Ash się potknął. W okół było dużo błota. Jak się to skończyło? Sukienka była cała w błocie**. Cała. Przeze mnie. Nieźle trzeba będzie ją prać. O ile się uda.

CDN.

* - pierwsza katastrofa
** - druga katastrofa

13 marca 2018

Od Mii cd. Leona

   Zaledwie parę dni temu dotarłam do sfory Kingdom of Dogs i zdecydowałam się do niej dołączyć, przy okazji od razu poznając całą rodzinę przywódców, innymi słowy Alf. Z niektórymi, jak Suzaan czy Roxanne złapałam wspólny język niemalże od razu. Muszę przyznać, dobrze się z nimi rozmawia czy spędza czas. Z kolei takiego Benjamina uznałam za niezbyt przyjemnego w obyciu osobnika i zdecydowałam się trzymać od niego z daleka, chyba że kontakt naszej dwójki będzie konieczny. Nie miałam zamiaru na siłę wciskać mu swojego towarzystwa, tym bardziej, że nie miałam na to najzwyczajniej w świecie ochoty.
   Wracając do tematu, znałam już te kilka psów, jednak uznałam, że to za mało i powinnam zaznajomić się z wszystkimi członkami naszej sfory. Chociażby pobieżnie. Chciałam, by znali mnie przynajmniej z imienia, nie chciałam być tą nieznaną nikomu sunią przemykającą bokiem, byle by się tylko na nikogo nie natknąć. O, nie. Jestem tego przeciwieństwem i już niebawem wszyscy się o tym przekonają. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, prawda? Postaram się więc, by ich opinia o mnie była jak najlepsza. Chciałabym zdobyć tu przyjaciela.
   Jak na złość, akurat dzisiaj, gdy wybyłam na małe łowy, a konkretniej na znalezienie jak największej ilości osób, do których mogłabym zagadać, na swojej drodze nie spotkałam nikogo. Cóż, szkoda. Ale nie ma co się poddawać, z pewnością będzie jeszcze wiele okazji, by przedstawić się innym i zamienić z nimi chociaż te kilka słów, prawda? Oczywiście, że tak. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
   Akurat szłam przez las, myśląc nad tym, co ze sobą zrobić i próbując wymyślić coś kreatywnego, gdy ktoś na mnie wpadł. Podniosłam się szybko i otrzepałam. Przede mną stał skruszony doberman. Przeprosił mnie, porozmawialiśmy chwilę. Zdążyłam się dowiedzieć, że jest bardzo podekscytowany perspektywą dzisiejszego spotkania z dawną znajomą.
   — W ogóle, jak masz na imię? Ja jestem Leon.
   — Mia, miło mi cię poznać. — Przedstawiłam się i kiwnęłam głową. — To życzę udanego spotkania. Gdybyś potrzebował jakiejś pomocy, mieszkam w pokoju obok kuchni — zaoferowałam się jeszcze na koniec.
   — Dobrze. Ja też mieszkam w pokoju obok kuchni.
   — Czyli mieszkamy naprzeciwko siebie — podsumowałam jego wypowiedź.
   — Dokładnie. To pa!
   Pożegnałam się z nim i poszłam w sobie tylko znanym kierunku. Przez około godzinę spacerowałam na świeżym powietrzu. Po tym czasie wróciłam do hotelu. Gdy szłam korytarzem, usłyszałam czyjeś głosy. Ruszyłam w kierunku, z którego dochodziły.
   Przyznaję, może i byłam ciut... ciekawska? Właściwie to zawsze taka byłam, do tego trochę zbyt energiczna, może czasem nachalna, ale w dobrym sensie, no a teraz jeszcze mi się nudziło, wszystko to łączyło się w dziką mieszankę, potrzebowałam towarzystwa i musiałam się czymś zająć oraz spożytkować własny nadmiar energii. Gdy przypadkiem usłyszałam rozmowę dwóch samców, jednego znanego mi dosyć dobrze, a drugiego tylko pobieżnie, z łatwością wywnioskowałam, że ten drugi, czyli dopiero co poznany przeze mnie Leon, stracił plany na wieczór i spędzi go samemu, u siebie. Postanowiłam działać. Nie myśląc zbyt wiele o ewentualnych przeciwwskazaniach, pewnym krokiem podeszłam do drzwi, za którymi dopiero co zniknął i zadzwoniłam dzwonkiem, cierpliwie czekając na pojawienie się samca w moim polu widzenia. Chwilę to potrwało, jednak opłaciło się czekać, bo drzwi otworzył mi pies, do którego właśnie przyszłam. Po krótkiej wymianie zdań wpuścił mnie do środka, może odrobinę niechętnie, ale to się jeszcze zmieni. Wydaje mi się, że jest on odrobinę samotny. Przyjaciółka dobrze mu zrobi. Oczywiście... nie w tym sensie.
   — Jak tu trafiłaś? — zapytał w pewnym momencie rozmowy, gdy obydwoje byliśmy już dosyć rozluźnieni i dobrze czuliśmy się w swoim własnym towarzystwie. Zamyśliłam się krótko i nieco uniosłam na łapach.
   — Właściwie nie ma o czym mówić — rzekłam, jednak zdecydowałam się rozwinąć swoją jak na razie zbyt krótką wypowiedź. — Po prostu zgubiłam się moim właścicielom, tyle. Trochę się pobłąkałam i natknęłam się na Cascadas, a tu naszą sforę. Widzisz, nie ma zbyt wiele do opowiadania. — Wzruszyłam ramionami, po czym się uśmiechnęłam i spojrzałam na niego. — A jak było z tobą?
   — Moi rodzice musieli mnie zostawić, żebym przeżył. Mój brat zniknął, nie wiem, co z nim. Byłem sam, dlatego musiałem sobie jakoś poradzić. Byłem w wielu sforach, teraz jestem tu.
   Pokiwałam głową i zamyśliłam się. Miałam ochotę coś zrobić, coś... nie wiem co dokładnie, ale szalonego, cudownego, zabawnego.
   Podzieliłam się tą myślą z Leonem. Gdy zapytał, co konkretnie mam na myśli, jedynie wzruszyłam ramionami.
   — Nie wiem. Może... Hm. Pójdziemy do klubu? Mam ochotę potańczyć.


Leon?